_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

03.11.2013

10 Gameweek Premier League


Pamiętam, jak dwa sezony temu podsumowywałem ligę po 10 kolejkach, czyli zbliżalibyśmy się do podsumowania. Teraz jednak bawię się w podsumowania miesiąca i nie ukrywam, że ta zabawa podoba mi się bardziej. Wracając do ligi nie trafiłem za bardzo w wyniki w IKTS, ale to zapowiadałem na blogu. No nic, zacznę od meczu Chelsea, bo ta drużyna nie dość że zepsuła masę kuponów, to jeszcze straciła ważne punkty.


Po pierwszej połowie można było jedynie zadawać pytanie dlaczego jest 0-0. Szanse były, brakowało detalu, czyli skierowania piłki do siatki. Co się stało w przerwie w szatni obu zespołów, że Newcastle zaczęło grać jak Chelsea, a londyński klub jak gospodarze? Nie wiem i nie przypominam sobie takiej metamorfozy drużyny prowadzonej przez Jose Mourinho. Może z Realem było podobnie, ale w Anglii Portugalczyk rozstawiał konkurencję po kątach. W drugiej połowie było inaczej. Chelsea po prostu stanęła. Zaszkodziły zmiany? One były reakcją na to, co się działo na boisku. Rozmowy w szatni podczas przerwy? Nie wiem, co powiedział menedżer zawodnikom a oni jemu. Mogę jedynie mówić o efektach, a te niestety nie są dobre dla Chelsea. Mówienie o jakimś konflikcie w szatni jest przedwczesne, ale pytania pozostają. Dlaczego David Luiz gra ciągle w obronie? No i kto ma strzelać gole, bo Fernando Torres gra zbyt nierówno. Zdaję sobie sprawę, że Jose Mourinho poniósł wiosną dwie porażki. Przegrał w Realu Madryt i przegrał nominację na szefa Manchesteru United. Do pracy w Madrycie jego kariera szła w górę, potem się zacięła i gdy wydawało się, że powrót do Londynu będzie tym, co uleczy zranioną dumę, okazuje się, że coś nie gra. Zamiast dopisywania kolejnych wygranych przyszła porażka, która nie miała prawa się zdarzyć. Zwłaszcza nie po takiej pierwszej połowie.

Mówienie o połowach meczu przy spotkaniu Fulham – Manchester United nie ma większego sensu, bo gospodarze przegrali ten mecz w szatni, przed pierwszym gwizdkiem arbitra. Nie wiem co się dzieje z zespołem Fulham, ale to chyba jakiś poważny kryzys. Rok temu drużyna po 10 meczach miała 15 punktów, ale rzuciła wyzwanie Manchesterowi United i City (porażki jedną bramką) i zremisowała z Evertonem, czy z Arsenalem na jego boisku. W tym sezonie pokonali jedynie zespoły dużo słabsze od siebie. Na miejscu menedżera zacząłbym się obawiać, czy nie straci pracy wkrótce, bo strefa spadkowa jest blisko. Manchester United z kolei po serii meczów z rywalami, którzy zdecydowanie odstają potencjałem, może zaczerpnąć powietrza, ale czeka go teraz mecz kluczowy. Arsenal u siebie to trudny test.

Tym bardziej, że Kanonierzy pokonali Liverpool. Przed meczem można było spodziewać się goli dla gości. Defensywa Arsenalu ostatni raz czyste konto zachowała pierwszego września, bo meczu z Crystal Palace nie można traktować na serio. Do tego para Daniel Sturidge i Luis Suarez, więc bramki wisiały w powietrzu. No i one padły, ale dla gospodarzy. Kompletnie pogubiła się defensywa The Reds, bo tym bramkom można było zapobiec. Ale że Arsenal zagrał na zero z tyłu? Przecież to wydawało się niemożliwe. No i praktycznie nie było widać tego duetu napastników. Więcej się spodziewałem po Liverpoolu, bo w takich meczach potwierdza się, że walczy się o tytuł. Nie widziałem za bardzo tego po drużynie The Reds. Można powiedzieć mecz nie wyszedł, następny będzie lepszy, ale tych punktów nikt już nie odda. Drugi raz te zespoły nie zagrają w Londynie ze sobą w tym sezonie w lidze, a rewanż jest odległą sprawą. Może się okazać, że w lutym już tylko jeden zespół będzie miał realne szanse na tytuł.

Na koniec skrótowo o bramce, w której mały udział miał Artur Boruc. Przelobował go bramkarz zespołu Stoke, ale Polak nie mógł zrobić czegoś innego. To był początek meczu, długa piłka od bramkarza i gdyby nie podmuch wiatru, to pewnie skończyłoby się na rękawicach polskiego golkipera. Tylko że nie można takich rzeczy przewidzieć. Po prostu to była siła wyższa i nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy będzie wiał wiatr i jak mocno. Rozumiem przeprosiny, chęć odrobienia tych dwóch punktów, ale po prostu się stało. Osobiście nie miałbym pretensji do bramkarza za takiego gola.

Następna kolejka za tydzień. W sobotę przygrywka (Norwich – West Ham przyniesie pewnie najwięcej emocji), a niedzielę deser. Tottenham – Newcastle (gdzie gospodarze powinni zdobyć trzy punkty), Sunderland – Manchester City, bo obie drużyny muszą wygrać, a potem Manchester United z Arsenalem.

Plusy i minusy FPL

Ech, nie mam siły o tym pisać. Znowu kapitan poszedł się przejść, co zawaliło mi kolejkę. Dobre występy trzech graczy niewiele dały niestety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz