_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

24.11.2014

12 Gameweek Premier League


Rozpraszacz w postaci meczów reprezentacji już za nami. Teraz przed nami wiele kolejek Premier League, które z grubsza rozstrzygną, kto będzie się o co bił. Do końca stycznia czeka nas jedenaście meczów, co oznacza 33 punkty. Kto teraz złapie kryzys, obudzi się wiele miejsc i punktów za założonymi celami przedsezonowymi. No i właśnie od tego trzeba rozpocząć.


Kryzys na Emirates to chyba najdelikatniejsze określenie tego, co dzieje się po meczu Arsenalu z Manchesterem United. Do przerwy wynik powinien brzmieć 3 lub 4 do zera, co rozstrzygnęłoby losy meczu. Swoją drogą skoro bohaterem gości był David de Gea, no to było gorąco pod jego bramką (swoją droga, ale on dojrzał i zmienił się na korzyść). Kłopot Kanonierów polegał na tym, że po pierwsze nadmiernie komplikowali sobie akcje ofensywne, a po drugie zawsze celowali w bramkarza, a nie w bramkę. No i pewnie skończyłoby się remisem, ale swoje dołożył defensor Arsenalu. Kieran Gibbs najpierw zderzył się ze swoim bramkarzem, a potem dołożył nogę i wbił gola do swojej bramki. Po drużynie widać brak spokoju i chyba też brak wiary we własne umiejętności. Nie da się ukryć, że życie w stolicy ma swoje blaski i cienie, a zespół spotyka się głównie z tymi drugimi ostatnio. Za dużo negatywnych, zionących wręcz nienawiścią komentarzy własnych fanów pod adresem menedżera. Kontuzje i kłopoty pozaboiskowe piłkarzy, które rosną w mediach do niespotykanych rozmiarów. Arsenal, mimo fatalnych wyników, jeszcze niczego nie przegrał. Poza mistrzostwem, ale to oczywiste. Dwa sezony temu drużyna miała tylko dwa punkty więcej, a skończyła w pierwszej czwórce na koniec. Dlatego nie rozpędzałbym się z krytyką. Tak samo nie linczowałbym drużyny i menedżera za stratę drugiej bramki. Przegrywając w końcówce meczu ryzykujesz i Kanonierzy po prostu nadziali się na kontrę. Albo doprowadzasz do wyrównania, albo tracisz gola. Nie ma trzeciej drogi, przy ultra-ofensywnym ustawieniu. Teraz tylko nie wiadomo, jak zespół zareaguje na porażkę. Emocje już są wysoko, czego najlepszym dowodem czerwona kartka, którą powinien obejrzeć Jack WIlshere. One muszą zostać rozładowane, bo jak nie, to ten sezon może skończyć się fatalnie.

Podobnie jak sezon Liverpoolu. W poprzednim stracili trzy bramki w Londynie, grając przeciwko Crystal Palace, no i teraz było tak samo. Szósta porażka, tyle samo, ile sezon temu. Można powiedzieć, że teraz będzie już lepiej, ale jakoś nie widzę podstaw do tego optymizmu. W końcu to nie Mario Balotelli był tym czynnikiem, który zaburzał wysiłek zespołu. Znowu fatalnie zagrała defensywa, a jak dodamy do tego inne problemy, to okazuje się, że drużyna nie ma szans na rywalizację o coś pozytywnego. Jeszcze gdyby nie wydano całej masy pieniędzy przed sezonem, to można byłoby zrozumieć. Niestety Brendan Rodgers nie kupił dobrze. Nie ma znaczenia, kto odpowiada za transfery. To nazwisko menedżera jest na widoku, bo to on ponosi odpowiedzialność za te transfery. Jeden podstawowy błąd, to brak wzmocnień w linii pomocy. Nie mówię o skrzydłowych, ale o defensywnym pomocniku. Wtedy Steven Gerrard nie musiałby łatać dziur w defensywie, a z tym są coraz większe problemy. No i może pomogłoby to ofensywie. Dwie bramki w czterech ostatnich meczach to fatalny wynik. To jedynie dobry moment dla menedżera. On może, podejmując dobre decyzje, zrobić coś pozytywnego. Tylko że tego nie zrobi tęsknota za Luisem Suarezem. Wywalczenie awansu do Ligi Mistrzów z ligi krajowej wydaje się już tylko teoretyczne. Oczywiście wiele punktów do końca sezonu, ale matematyka zawsze w piłce umiera ostatnia.

Podobnie jak nadzieja na pozostanie w lidze, ale Burnley na razie radzi sobie dobrze. Pomogły na pewno kontuzje w zespole Stoke, bo problem z defensorami może zgubić każdy zespół. Widać było ten brak zrozumienia w liniach obronnych. Nie wiem, czy nie pojawiła się presja, bo teraz zespół chyba już musi, a nie może. Wbrew pozorom to bardzo szkodliwa rzecz. Burnley na pewno może być zadowolone z wyniku, ale to długa droga do sukcesu. Mimo dwóch wygranych dalej jest strefa spadkowa i wiele meczów przed zespołem, które są sześciopakami. Za bardzo bym się nie zakładał o ich utrzymanie, bo w zespole brakuje jakości. Prędzej czy później to się zemści. Zresztą od początku sezonu widać po drużynie, że zmierza ona w kierunku Championship.

Następna kolejka za tydzień, dzisiaj jedynie ważny mecz dla obu zespołów, bo muszą one wygrać, czyli AV – Soton. W sobotę sześciopaki, czyli starcie QPR – Leicester oraz Burnley – Aston Villa. W momencie tego wpisu to ostatnia czwórka. Korci mnie, żeby wspomnieć o meczu West Brom – Arsenal. W niedzielę dwa ważne mecze: wspomniany Southampton zmierzy się z Manchesterem City, a to przecież mecz drugiej i trzeciej drużyny. Potem Tottenham – Everton, można więc zakładać się, czy będzie kolejna czerwona kartka.

2 komentarze:

  1. Chelsea Londyn nikt nie powstrzyma. Hazard, Fabregas i Costa to gwarancja wielu goli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w meczu z Sunderlandem nie wyszło za dobrze ;) Podejrzewam, że to pewien etap przygotowań do maratonu świątecznego. W końcu lepiej remis teraz, niż 3-4 porażki później.

      Usuń