_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

10.08.2015

1 Gameweek Premier League


No to zaczynamy, a liga w pierwszej kolejce zrobiła opposite day. Na polski to chyba byłoby dzień przeciwieństw, bo tak właściwie nic nie było zgodne z planem. A ponieważ o dużych chłopcach będę pisać jeszcze wiele razy w ciągu sezonu, czas na beniaminków.


W przypadku Bournemouth i Norwich zadziałały te same błędy. Chociaż to może daleko idące słowo. Po prostu gra w Premier League ogranicza mocno czas i miejsce na podejmowanie decyzji. Ligę niżej zawodnik miał więcej swobody, żeby wykonać dane działanie. W ekstraklasie wszystko dzieje się szybciej i ma się mniej miejsca, bo z reguły jest ktoś, kto przeszkadza. Podobny przebieg obu spotkań tak właściwie. Na początku entuzjazm, mocne pozytywne podbudowanie gospodarzy, ale zabrakło jakości tam, gdzie ona była najbardziej potrzebna. Czyli pod bramką rywala. Bournemouth zgubiło cwaniactwo przeciwnika. Aston Villa się nie zabijała za bardzo, ale przeprowadzone zmiany przeważyły pod koniec. Plan zrealizowany w stu procentach i jak widać, awans może być trudnym wyzwaniem.

Mecz Norwich był bardzo podobny. Też mobilizacja, początek w miarę (nawet menedżer Crystal Palace stwierdził, że wybrał zły skład na spotkanie), a następnie goście z Londynu zaczęli kontrolować mecz. Potem jednak był zryw gospodarzy i nie do końca dobra decyzja arbitra, by nie uznać gola wyrównującego. Podejrzewam, że wtedy mecz potoczyłby się inaczej, a tak wygrana gości. Dlaczego nie do końca dobra? Widziałem już mecze, kiedy bramki strzelone w podobny sposób zostały uznane. Owszem, noga była wysoko, ale przy przewrotce trudno, żeby tak się nie stało. Podejrzewam, że sędziowie zostaną uczuleni na takie zagrania w tym sezonie, żeby nie było więcej zadrażnień, ale punktów dla Norwich z tego meczu to nie wróci. Niby blisko, ale jednak większe doświadczenie rywala przeważyło.

Ostatni beniaminek wyrwał punkt, ale Watford miał dużo szczęścia, że trafił na Everton. Największa różnica między zespołami to chyba gra napastników. O ile Romelu Lukaku był jeszcze w formie wakacyjnej, tak Troy Deeney był centralną postacią ataku swojej drużyny, co pozwalało jego kolegom na harce pod bramką rywala. Chyba też nie do końca dobre słowa padły w szatni, bo piłkarzom gospodarzy zabrakło w pierwszej połowie odpowiedniego nastawienia do meczu. Defensywa wymaga poważnej naprawy, a jak jeszcze wypadł filar z lewej strony, to może być trudno. Nie chciałbym mówić, że coś w budowie zespołu się zacięło, ale nie do końca widzę dobre decyzje menedżera. Czasami sprawia to wrażenie walki ponad swoje możliwości. Wiem, że pierwsza kolejka to za wcześnie, ale czasami można już zaobserwować pewne rzeczy. Zwłaszcza jak poprzedni sezon kończył się bardzo podobnie.

Zakończę jednak małym londyńskim fiaskiem, bo dwa główne kluby ze stolicy nie zapiszą początku sezonu na plus. Nie wiem, co było większą niespodzianką, ale zacznę od ostatniego miejsca Kanonierów. Wiem, że to były derby, ale drużyna, uśpiona wygraną z Chelsea, doszła do wniosku, że mecz wygra się na stojąco. Stąd znane i mało lubiane przez fanów Kanonierów próby wjechania z futbolówką do bramki rywala i cała masa nieudanych uderzeń (aż dziewięć strzałów zablokowanych, zanim doleciały do bramkarza). Nie mówiąc już o fatalnym, jak na swoje możliwości, debiucie Petra Cecha. Pierwszy gol zaspała defensywa, że nie zablokowała zawodnika gości i bramkarz zaliczył pusty przelot. Natomiast drugi to nadmiar zaufania. Cech zaufał, że ktoś nie straci piłki tak blisko swego pola karnego. Stąd ten brak interwencji. Do tego niemoc w ofensywie i przepis na porażkę gotowy. Będę się upierał, że brakuje napastnika, bo więcej drużyn przyjedzie tak zabetonowanych na Emirates, że takie wyniki mogą się powtarzać.

No a mistrz Anglii, cóż, nie dziwi mnie za bardzo remis, bo w piłce takie wyniki mogą się zdarzać. Dziwi mnie, że Chelsea pozwoliła sobie wbić dwa gole. Czerwona kartka dla bramkarza to coś, co może się zdarzyć, ale jednocześnie byłbym zaniepokojony, jak ławo rywale stwarzali sobie okazje. W końcu to Swansea, a nie żaden liczący się zespół z nazwiskiem. Pierwszy gol to chyba trzy dobitki, drugi to wyraźnie złamana linia spalonego. Błędy, których zespół Portugalskiego menedżera zwykle nie popełnia. W ataku też za kolorowo nie było, bo Diego Costa czasami traci wiele ze swojego blasku, a sędziowie już znają chyba wszystkie jego sztuczki. Podejrzewam, że do końca okienka ktoś jednak trafi do klubu, bo jak nie, to może być trudno.

Dziś jeszcze mecz West Brom – Manchester City, a w piątek (tak tak, wyjątkowo w piątek) mecz nowej kolejki Aston Villa – Manchester United. W sobotę Tottenham – Stoke, a w niedzielę pierwsze spotkanie wagi ciężkiej, czyli Manchester City – Chelsea.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz