_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

28.09.2015

7 Gameweek Premier League


Kolejka przełamań, tak można podsumować ten Gameweek. Kilku zawodników, którzy się zablokowali i nie mogli strzelić gola, w tej kolejce zakończyli okres smuty. To chyba wpływ tego księżyca, który w nocy świecił się na czerwono. Świat się jednak nie skończył, a jedyne pytanie, jakie można sobie zadać brzmi, jak długo będzie trwać dobra seria.


No i jak długo potrwa sen Tottenhamu. Jakby ktoś przed sezonem powiedział, że po siedmiu kolejkach drużyny ze stolicy Anglii będą zajmować miejsca 3-6, to nie byłoby może wielką sensacją. Ale to, że nie będzie tam Chelsea, jest niespodzianką. Jednak o Chelsea będzie później, na razie mała rewelacja pierwszych meczów sezonu, czyli Spurs. Początek mieli nieudany, bo przegrali z Manchesterem United, potem przyszła seria trzech remisów, ale po niej seria trzech zwycięstw w lidze. Zwłaszcza ostatnia wygrana, z Manchesterem City, musi skłonić do zadania pytań. Okazuje się, że nastawienie Lads, it’s Tottenham, nie zdaje już egzaminu. Menedżer tego klubu wykonał wielką pracę i jego piłkarze stali się groźni dla bardzo silnych drużyn. Rozumiem, że Citizens nie mieli kilku graczy z powodu kontuzji, ale to nie tłumaczy łatwości, z jaką piłkarze Tottenhamu poczynali sobie pod bramką rywala. Nie ma znaczenia, że pierwsze bramki padły po spalonych, przy jednej zagubił się Willy Caballero, który wyszedł z bramki jak okręt bez map i wpadł na mielizny, ale za łatwo gospodarze rozstawili po kątach defensywę City. Zaczęło się tak dobrze przecież, bo od gola na 0-1. Potem była świetna okazja Raheema Sterlinga, gol wyrównujący (przy okazji spalony), ale w drugiej połowie gości praktycznie nie było. Nie chciałbym uciekać w kliszę, że mecz z Juventusem rozbroił zespół, ale przed sezonem pisałem, że piłkarze nie grzeszą za bardzo zdrowiem. W tym meczu widzieliśmy co może zrobić brak filarów w defensywie, no i też nie do końca zdrowy filar linii ataku. Wiem, że jeden mecz nie daje za dużo w kontekście sezonu, ale wiary w swoje siły chyba nikt już nie zabierze gospodarzom. Może też dlatego rozstano się z dyrektorem sportowym Franco Baldinim. Co by nie mówić, to duża zmiana. W tym momencie piłkarze Tottenhamu chyba zaczynają wierzyć.

Podobnie jak ja zaczynam wierzyć, że Christian Benteke może stać się drugim Mario Balotellim. Coś nie wychodzi Liverpoolowi ściąganie napastników, mających mieć podobny efekt do Luisa Suareza. W meczu z Aston Villą uratował wszystkich Daniel Sturridge, ale tak nie będzie w każdym spotkaniu. Te błędy w defensywie są niepokojące, żeby to delikatnie napisać. Menedżer klubu jest pod sporą presją, a obecność Jurgena Kloppa nie pomoże za bardzo. Niby jest dobrze i zwalnianie teraz menedżera wydaje się głupotą, ale coś w grze Liverpoolu mi nie pasuje. Czasami wygląda to tak, jakby samochód miał jechać mając kwadratowe koła. Brakuje mi odpowiedniego ułożenia tych wszystkich klocków. Dobrego menedżera od słabego rozróżnia to, że ci drudzy z reguły źle wybierają. Mam wrażenie, że Brendan Rodgers zaczyna niebezpiecznie podążać tą ścieżką. Nawet jak nie było zwolnienia po siedmiu meczach, tak po 10, biorąc pod uwagę terminarz, ono może nastąpić.

Ciekawe czy podobne myśli nie przebiegają przez głowę właściciela Chelsea. Start tego sezonu jest mocno przeciętny, a walka o tytuł wydaje się sprawą przegraną. Mówiąc inaczej, Jose Mourinho może wierzyć już tylko w matematykę. W meczu z Newcastle wróciły upiory. Defensywa dalej sprawia wrażenie, że się nie zna za bardzo. W ofensywie to dalej szczęśliwe bramki, a nie wynik składnych akcji zespołu. 14 straconych goli po zaledwie siedmiu meczach? W tamtym roku nastąpiło to na koniec kalendarzowego roku. Nie tłumaczy tego zmiana reżimów treningowych, czy nagły spadek formy graczy. Tak samo nie przeceniałbym wpływu kontuzji bramkarza. Liczba porażek została już wyczerpana, bo sezon temu też były trzy. Najgorsze jest jednak to, że patrząc na menedżera ma się wrażenie, że on też nie wie dlaczego. To nie jest dobry prognostyk na przyszłość.

Takich myśli nie ma raczej Arsenal, który poradził sobie z wyzwaniem rzuconym mu przez Leicester. Takie generalne wrażenie z tego meczu – gospodarze zagrali zbyt ofensywnie. Nie mieli na to umiejętności po prostu, a te obijanie słupków i poprzeczki najlepiej o tym świadczy. Tylko że do swojej porażki potrzebowali jeszcze przebudzenia się któregoś gracza Arsenalu i na nieszczęście dla nich przebudził się Alexis Sanchez. Arsenal potrafi być bardzo groźny w szybkim ataku, a jak ma zawodnika z formą dnia, to takie wyniki będą się zdarzać. Leicester na entuzjazmie stać na sprawienie problemów, ale nie na wygrywanie, jak ich werwa zostanie skontrowana argumentami czysto piłkarskimi. To po prostu było starcie z przeciwnikiem, który potraktował zespół poważnie. Na przyszłość, więcej wyrachowania, mniej młodzieńczego entuzjazmu.

Następna kolejka w sobotę, a na dziś zaplanowano jeszcze jedno przebudzenie, czyli West Brom – Everton. Bournemouth – Watford to sześciopak w dole tabeli i chodzi mi po głowie mecz Sunderland – West Ham. W niedzielę za to wielkie mecze. Najpierw derby Liverpoolu, a potem Arsenal – Manchester United.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz