_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

05.10.2015

8 Gameweek Premier League


Zaczęła się jesień, liście lecą z drzew, no i pierwsi menedżerowie pożegnali się z pracą. Nie chciałbym jednak koncentrować się na tych wydarzeniach, czy wypowiedziach prasowych Jose Mourinho, dlatego przejdę do pierwszego sześciopaku tego sezonu. Z dużym polskim akcentem na nieszczęście.


Tylko że zanim przejdziemy do wydarzeń z 45 minuty, wcześniej był gol dla Bournemouth. Widać było emocje po zespole gospodarzy, mobilizację na osiągnięcie wyniku, ale zabrakło umiejętności. No i Artur Boruc podarował rywalowi bramkę. Lepsze byłoby, jakby wrzucił do siatki piłkę sam. To nie wyglądałoby tak źle. Jak widać Polak ma gdzieś we krwi potencjał na zrobienie takiego błędu. Pytanie tylko kiedy to się wydarzy i jakie będą skutki. Po zmianie stron gospodarze dalej atakowali, ale w tym momencie widać było ten brak wiedzy jak. W końcu zrobić bohaterem meczu bramkarza gości? Heurelho Gomes miał moim zdaniem dwie interwencje, które zapewniły mu to miano. Obronił uderzenie przewrotkę zza linii pola karnego (mocny kandydat na gola sezonu, jakby wpadło), a potem wybronił rzut karny. Miał swoje przeboje z Premier League, ale tym meczem pokazał, że jeszcze może. Bournemouth natomiast, no cóż. Ten mecz musieli wygrać, bo lepszej szansy na trzy punkty chyba nie będzie. W kategoriach sezonu to będą dwa punkty stracone.

Można powiedzieć, że dwa punkty stracił też Sunderland, ale w przypadku tego klubu to chyba norma. Z pracy zrezygnował Dick Advocaat i nie mam wrażenia, że postąpił źle. W tym klubie coś złego dzieje się w dyrektorskich gabinetach, dlatego te dość częste zmiany szkoleniowców. Ten mecz nie układał się źle. Defensywa gości została chyba w Londynie, bo w pierwszej połowie pozwala na za dużo. Pierwszy gol z kornera, no na miejscu menedżera coś by mnie trafiło. Drugi gol to niby moment magii zawodnika Sunderlandu, ale to z powodu nadmiaru miejsca i czasu. Potem były kolejne szanse i przy wyniku 3-0, czy 4-0 goście by nie wrócili. Potem jednak gol kontaktowy, czerwona kartka dla bohatera drugiej bramki i coś się skończyło. Udało się uratować remis, ale on niewiele pomaga. Nawet w sobotę napisałem na brudno, że podział punktów niczego nie daje, a menedżer może się pożegnać z pracą. Do bezpiecznych miejsc jest dystans pięciu punktów, a to dużo.

Podobnie duża była dysproporcja między Arsenalem a Manchesterem United. Kanonierzy zrobili to, co im zafundowała Chelsea w derbach. Po prostu ściągnęli rywala na swój poziom i pobili go większym doświadczeniem. Arsenal grał za szybko, na wyższym poziomie, a goście nie byli w stanie zrobić czegokolwiek. Nie wszystko było do końca perfekcyjne, bo równie dobrze do przerwy mogło być 4-0, może nawet 5-0, ale gospodarze nie mogli do końcu otrząsnąć się ze stanu swojej niezdarności pod bramką rywala. Czasami po prostu starali się zrobić jedno podanie za dużo. O Manchesterze nie ma co za dużo pisać. Zmiany w przerwie niewiele dały, bo strzelenie bramki Arsenalowi było dalej dalekie od realizacji. Z kolei gospodarze mieli swoje szanse, ale nie potrafili ich wykorzystać. To też sztuka, grać dobrze tylko parę minut, resztę meczu na swoim stałym poziomie, a mimo to pokazać liderowi różnicę. Wcześniejsze wyniki Manchesteru United stawiały wręcz ten zespół na miejscu faworyta do mistrzostwa, a tutaj wystarczył Arsenal, żeby rozwiać te mocarstwowe zamierzenia. W końcu takiej porażki nie było prawie 20 lat, a wówczas w składach roiło się od gwiazd. Pisałem, że październik będzie miesiącem weryfikującym dla Manchesteru. W końcu spotka się on z zespołami, które też walczą o podobne miejsca na koniec. Może więc być ciekawie.

Ciekawie za to nie było podczas drugiego wielkiego meczu, ale wisząca nad piłkarzami Liverpoolu informacja o zmianie szkoleniowca musiała gdzieś odcisnąć swój ślad. Nie chciałbym wchodzić w rozważania, czy zaszkodził ten komitet do spraw transferów, czy były inne powody. Dla mnie sytuacja jest dość jasna. Czyli albo menedżer stawia na swoim, albo odchodzi. Co jak co, jedna rzecz się nie zmienia. To dalej wyniki są główną wykładnią tego, jak dobry jest dany szkoleniowiec. Skoro Brendan Rodgers zdecydował się podjąć tego wyzwania, mając pewne ograniczenia, to jego wina w momencie, gdy nie wyszło. Zresztą nie byłoby rozmowy, gdyby The Reds mieli lepszy pomysł na grę w ataku, albo lepszą defensywę. Najlepiej obie te rzeczy, jak chcieliby realnie włączyć się do walki o tytuł. Nie da się ukryć, że udany sezon z parą Suarez-Sturridge wyrządził chyba więcej złego, niż dobrego. Transfery nie wypaliły? No to stajesz na głowie, żeby ci zawodnicy odnaleźli się w klubie. Za to właśnie menedżer bierze pieniądze. Nie za sytuacje, kiedy jeden, czy kilku zawodników jest w formie i zrobił się samograj. On jest potrzebny wtedy, kiedy zespołowi nie idzie. Wtedy jego decyzje mogą zmienić coś na lepsze. Skoro nie udało się w Liverpoolu, to zwolnienie było dość pewne. A o samym meczu nie ma co pisać, bo wynudziłem się w jego trakcie. Nie widziałem za bardzo pomysłu na grę z obu stron. Dużo walki, incydenty nie mające dużego związku z piłką, ale jakości było bardzo mało. Derby można powiedzieć, ale od obu drużyn oczekiwałbym czegoś więcej.

Następna kolejka 17 października, bo mamy przerwę na mecze reprezentacji. Tottenham – Liverpool na dzień dobry, a potem sześciopaki w strefie spadkowej. Chelsea – Aston Villa (16 i 18 drużyna, no nie) i West Brom – Sunderland (17-19). Kto przegra, zrobi krok w stronę drugiej ligi. Szkoda, że w tym samym czasie są inne ciekawe mecze. No i najważniejsze pytanie, jak zaprezentują się zespoły po przerwie.

4 komentarze:

  1. Myślisz, że Boruc nie ma umiejętności?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zespół nie miał umiejętności, żeby przesądzić losy meczu. Normalnie błąd Boruca nie miałby znaczenia, jakby jego zespół wygrał. Nie wygrał, więc ma.

      Usuń
  2. Jestem wielkim fanem Mourinho, jest zdecydowanie ciekawą postacią i jestem kibicem Chelsea, którą razem z Abramowiczem praktycznie stworzył... Ale sam nie wiem co mam o tym myśleć, o tym co się dzieje w klubie. Okno transferowe jałowe "nie potrzebujemy transferów" i Chelsea jest na spodzie tabeli, grając właśnie tymi samymi zawodnikami, a nowe zakupy nie grają, bo to nie są transfery Mourinho (jak to on twierdzi). Quo Vadis?! Ivanović, dno od samego początku, co spotkanie najgorszy obrońca (albo w ogóle zawodnik), a Jose nawet mu opaskę daje. Fabregas gra piach, Matić to samo, Hazard zniknął a Pedro dobrze wszedł i się skończył. Ostatnie bramki to tylko wolne Williana (choć ostatnia bramka jest cudowna), Costa gra chamówę i 0 w ataku. Obrona to tylko Azpi, a dobrze grający młodzi (RLC, Kennedy czy Traore) wejdą, zagrają tak jak nie potrafią "staży", ale Jose i tak dalej swoje...
    Do tego zaczął się gubić w tym co mówi. Najpierw, że nie odejdzie, później, że sam nie odejdzie, a na końcu rzucił "odejdę jak będą chcieli tego moi zawodnicy"... Do tego brak stylu i gra na "strzel gola i broń"... grając z outsiderem...

    Pytanie tylko kto za Mou, bo tutaj kandydata nie widzę. Powrót Ancelottiego? Grali ładnie, za szybko się pozbyto tego trenera, ale nie wydaje mi się, żeby sam Carlo chciał wrócić. Klopp? No nie wiem... Następna kolejka może coś wyjaśni... Może, bo jeżeli przerwa reprezentacyjna nie uratuje Jose, to Roman chyba kolejnej wtopy nie zdzierży, szczególnie, że Villa gra jeszcze większy piach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początek, Abramowicz i Mourinho nie stworzyli Chelsea. Klub istniał wcześniej, jedynie mało osób poza Anglią o nim wiedziało. Jedyną rzeczą, jaka została stworzona, to rozpoznawalność. Bez pieniędzy Rosjanina i talentu Portugalczyka Chelsea dalej byłaby kolejnym klubem z Londynu. Ani większym, ani mniejszym, po prostu średniakiem notującym sezony na plus i na minus.
      Problem z Mourinho jest jeden, może mało widoczny, ale on instnieje. Portugalczyk ma tylko jeden sposób na prowadzenie zespołu. Nie będę ukrywał, że jest to sposób skuteczny, ale z biegiem lat się po prostu zużył. Menedżer musiałby wymyślić się na nowo, wdrożyć pewne nowe schematy, zerwać z niektórymi starymi rzeczami, ale albo nie chce, albo nie umie. My widzimy tylko tego efekty, a przyczyna siedzi sobie na ławce Chelsea.
      Kto za Mou? Tu właśnie chodzi o to, żeby zobaczył on blaski i cienie swojej pracy i zmierzył się z tym. Do tej pory zawsze zmieniał klub, zanim problemy zaczęły się nawarstwiać. Nie było tak w Chelsea pierwszy raz, potem w Realu, a teraz znów Chelsea i znów podobne problemy. Mści się to, że nie miał szansy przepracować tej lekcji wcześniej. Oczywiście klub może za to oberwać, ale dla Portugalczyka to byłoby coś nowego i budującego na przyszłość. Pytanie tylko czy właściciel wytrzyma presję, jak w oczy zajrzy na przykład brak awansu z grupy LM.

      Usuń