_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

09.11.2015

12 Gameweek Premier League


Remembrance Day (Dzień Pamięci) albo Poppy Day (Dzień Maku) to święto w krajach Wspólnoty Narodów, którego odpowiednik trudno znaleźć nad Wisłą. Ważne święto, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, dlatego przed meczami w tej kolejce mogliśmy zaobserwować żołnierzy i piłkarzy oddających im hołd. W takich warunkach trudno porównywać prawdziwą wojnę do piłki nożnej. W tej ostatniej przecież nikt nie ginie, jedynie może spaść z ligi.


Taki też los będzie chyba czekał zespół Bourneouth, który zmierza wolno, ale pewnie, do strefy spadkowej. Rozumiem początek sezonu i tak dalej, ale nie da się ukryć, że w kluczowych momentach brakuje im jakości. Mecz z Newcastle można wyciąć i oprawić w ramki, bo trudno znaleźć lepszą ilustrację tego zjawiska. Piłka nożna jest z jednej strony bardzo demokratyczna, nie ma jednego sposobu na odniesienie zwycięstwa, ale z drugiej strony czasami zachowuje się jak monarchia, a nawet wręcz tyrania. Liczy się tylko jedna rzecz – zdobyte gole, a cała reszta to tylko ozdobnik. Patrząc na statystyki tego meczu widać to wyraźnie. Wszędzie wygrał zespół gospodarzy, poza bramkami. Nie interesowałoby mnie za bardzo, że bramkarz rywala zagrał świetny mecz. Trzeba było go po prostu pokonać. To nie jest też kwestia szczęścia, bo to nie istnieje w piłce. Zespół, który zaczyna usprawiedliwiać się brakiem tego czynnika, mówi po prostu, że był zbyt słaby na wygraną. Wydaje się, że jest proste rozwiązanie. Strzelać więcej bramek. Tylko niestety, ale co sezon zespoły mające z tym kłopoty, lądują bardzo nisko w tabeli. Jeśli zawodzi atak, to potrzeba prawdziwie żelaznej defensywy, a w tym sezonie Bournemouth za zero z tyłu zagrał … raz. Moim zdaniem trudno będzie z takimi wynikami pozostać w lidze, no chyba że nastąpi jakaś cudowna przemiana w składzie.

Na to musi też liczyć West Ham, bo widać wyraźnie, że dobry początek i wygrane z silnymi zespołami pomału zaczynają znikać w tabeli. Za dużo wyników, które silny zespół powinien rozstrzygnąć na swoją korzyść. Mecz z Evertonem to po prostu spotkanie, które trzeba było wygrać. W momencie, kiedy jedna drużyna z pierwszej czwórki poszła strajkować i już chyba nie wróci do walki o te miejsca, to obowiązkiem jest gromadzić punkty. No i w tym meczu zabrakło chyba jednak jakości, żeby przekuć pomysł na coś wymiernego. Sam gol dla gości strasznie łatwy, można było bronić się lepiej. Tylko że jak straciło się bramkę, to potem trzeba było zastosować inne warianty taktyczne. Nie wiem, czy menedżer gości lepiej odrobił zadanie domowe, czy menedżer gospodarzy uznał, że można ten mecz wygrać na stojąco, ale brakowało mi jakości, jakiej można było się spodziewać po gospodarzach. Gdzieś ten sezon zaczyna pomału przeciekać drużynie przez palce i teraz duże zadanie dla menedżera. Musi on swoimi decyzjami zatrzymać ten proces.

Szkoda, że derby Londynu się skończyły po 90 minutach, bo jak dla mnie piłkarze mogliby grać jeszcze kilka godzin. Goście zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko dla Kanonierów, a akcja meczu przenosiła się swobodnie między obiema bramkami. Tak myślę, że porażka którejś drużyna byłaby po prostu niesprawiedliwa, bo żadna na nią nie zasłużyła. Zarówno Tottenham, jak i Arsenal, miał swoje szanse na wygranie spotkania. Gościom brakowało trochę jakości, bo inaczej uderzona piłka w kilku momentach mogła znaleźć się w siatce rywala. Gospodarzom znów zemścił się brak napastnika, bo Olivier Giroud nie jest typem gracza, którego Kanonierzy teraz potrzebują. To po prostu nie jest taki poziom, który pozwalałby mu radzić sobie swobodnie na boisku. W meczach ze słabszymi to nie problem, ale tu chodzi o mecze z tymi silnymi. To kosztowało Arsenal kilka punktów i na koniec sezonu może kosztować tytuł. W styczniu powinny być zakupy, bo jak na razie to chyba najpoważniejsza luka w składzie. No a Tottenham, cóż, będę zaskoczony, jak dociągną na takiej intensywności do końca sezonu. Prędzej czy później musi przyjść kryzys fizyczny. Ciekawe, jakie będą jego skutki.

Z rzeczy pomniejszych, Diego Costa igra dalej z ogniem. To w końcu boisko, tam się biega, poci i brzydko pachnie. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek szatni po jakimś meczu (niekoniecznie piłkarskim), żeby przekonać się, że fiołków nie czuć. To szukanie konfliktu na siłę. Próba wywołania czerwonej karki z niczego, bo inny zawodnik mógłby zareagować agresywniej, a nie z pewnym humorem, jak Ryan Showcross. Widać było, że stanowi on poważną przeszkodę dla napastnika Chelsea, więc ten starał się usunąć go z boiska prowokując go. Nie wyszło, a klub przegrał po raz siódmy. Tam chyba już wszyscy czekają, aż menedżer straci pracę. Rozumiem, że Jose Mourinho musi nauczyć się radzić sobie z tymi problemami. Wcześniej nie miał nigdy sposobności, żeby popracować dłużej. Tylko że klub może spaść z ligi. Część zawodników sprawia wrażenie, że gra tak, aby nic dobrego z ich gry nie wyszło. To jest problem, a wietrzenie szatni w styczniu nie sprawi, że problem zniknie. Tam są potrzebne poważne rozmowy i przyznanie się do błędów. Bez tego niewiele się zmieni, a wszystko będzie pozorne.

Następna kolejka 21 listopada. Sześciopak o strefę spadkową, czyli Chelsea – Norwich (aż nie wierzę, że to napisałem), potem Manchester City – Liverpool, a w niedzielę kolejne derby Londynu, czyli starcie Tottenham – West Ham. Stawka jasna, zwycięzca wsiada do pociągu pierwsza czwórka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz