_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

23.11.2015

13 Gameweek Premier League


Zacznę nietypowo od linku do hymnu Francji klik. Poprzednią notkę o kolejce w Premier League zacząłem od słów, że w piłce nożnej nikt nie ginie, a cała ta retoryka wojenna jest tak właściwie na niby. 13 listopada w Paryżu okazało się, że piłka nożna i wojna są ze sobą bardzo bliskie, bo pierwsi zamachowcy z organizacji Daesh wysadzili się pod Stade de France, w trakcie meczu piłkarskiego. Dlatego teraz trudno pisać o piłce, skoro ktoś może wykorzystać ją do swoich politycznych celów. No ale mecze się odbyły.


Nie da się ukryć, że ta przerwa na mecze reprezentacji i pewien szok po zamachach spowodował, że niektóre drużyny chyba zapomniały, jak się gra w piłkę. A już na pewno zgubiły wszystkie plany, jak zorganizować własną grę defensywną. Łatwo zgadnąć, że odnoszę się do gry Manchesteru City, a raczej do dość żenującego pokazu jak nie grać w defensywie w wykonaniu piłkarzy tego klubu. Przed spotkaniem można było zakładać, że to będzie pewien pojedynek graczy, którzy przed sezonem zmienili barwy klubowe. Raheem Sterling i James Milner zagrali przeciwko swoim byłym klubom i wydawało się, że to może być w pewnym sensie ich mecz. Zamiast tego widzieliśmy defensywę gospodarzy, która myślami chyba została w szatni. Wszystkie bramki w pierwszej połowie, które wstrząsnęły drużyną, były takie miękkie. Tam nie było żadnej magii, klasowa drużyna powinna po prostu nie dopuścić do takich sytuacji. To jedna z trudności, gdy mówimy o piłce. W końcu jak ocenić poziom gry obu zespołów. Manchester City był tak słaby, jak wskazuje wynik, czy po prostu rywale nie pozwolili im rozbłysnąć? Goście mieli swój plan na mecz, który zrealizowali wręcz po mistrzowsku. Jak tu mówić, że Man City będzie walczył o tytuł, skoro już drugi raz w tym sezonie dostał cztery bramki w plecy. To nie jest kwestia urazów, to jest kwestia planu na mecz. Nie wiadomo co zawodzi. Czy plan był zły, czy jego realizacja. W końcu jedyną wisienką na tym zepsutym torcie była bramka Sergio Aguero. Tylko od drużyny, która ma coś osiągnąć, to było za mało.

Podobnie za mało pokazał Arsenal w meczu z West Brom, ale tutaj można łatwo wskazać dość niepokojący powód porażki (nie chodzi o rzut karny, bo to skutek, a nie przyczyna). Okazało się, że wystarczy wyłączyć z gry Francisa Coquelina i Arsenal zaczyna się gubić. Zastąpił go Mikel Arteta, który miał duży udział przy dwóch bramkach. Dla rywala. Przy pierwszej niepotrzebny faul, bo piłka była tak właściwie w środku pola i nic nie wskazywało na zagrożenie bramki Kanonierów. Potem jeszcze zgubione krycie, ale to już naprawdę mały minus. Albo wielki, bo doprowadził do straty gola. I zawiodła tak właściwie cała defensywa. No a drugi gol to wiele błędów w obronie i gol samobójczy na czele. Nie było nikogo, kto pokazałby, że rządzi w tej strefie. Commanding centre back, na polski chyba lider defensywy. Takiej osoby brakuje w Arsenalu. Można się zastanawiać, czy menedżer nie lubi wyrazistych piłkarzy, bo to nie pierwszy raz Kanonierom zabrakło pewnej determinacji i wyrazistości na boisku. Nie ukrywam, że oni grają ładnie. ale czasami trzeba na boisku ubrudzić sobie ręce. Zanim zacznie się grać ładnie, czasami trzeba po prostu stłamsić przeciwnika. Kontuzje nie tłumaczą wszystkiego. W końcu niektóre rzeczy uparcie wracają w każdym sezonie.

Podobnie co sezon ciepło mówi się o Tottenhamie, który ostatecznie nie zajmie miejsca w pierwszej czwórce. Czy ten sezon będzie inny? Nie wiem, ale na razie drużyna rozbudza oczekiwania. Pisałem, że derby z West Hamem będą symbolicznym meczem o pierwszą czwórkę. Symbolicznym, gdyż to tylko trzy punkty, ale bariery, które zbudują się w głowach piłkarzy, zostaną na wiele spotkań. Najpoważniejsza bariera to wygrana. Nie ma się co oszukiwać, West Ham do tej pory na wyjazdach tracił punkty ze słabszymi. Z silniejszymi wygrywał. No dobrze, ale kończąc żarty, wydaje się, że pewien pomysł na grę drużyny został skutecznie odczytany przez menedżera rywali. No i kontuzja, jaką odniósł Dimitri Payet. Widać było brak tego zawodnika. Od razu opcji ofensywnych było mniej. Przy stanie 0-1 była jeszcze poprzeczka ze spalonego, ale potem zespół gości gdzieś zniknął. Zaczął zostawiać tyle wolnego miejsca rywalom, że nawet na środku Sahary jest większy tłok. Szybsi, silniejsi, zwinniejsi, mający plan na mecz i potrafiący go mistrzowsko realizować. Na tle Spurs goście wyglądali czasami jak grupka przypadkowych graczy, ściągnięta z jakiegoś parku. Na miejscu menedżera miałbym duże pretensje, przede wszystkim do siebie. West Ham nie przetestował nawet tego, jak zwarta jest obrona Spurs, ani nie zmusił piłkarzy rywala do większego wysiłku. Po prostu ten mecz przeszedł gdzieś obok nich. Można powiedzieć, że piłkarze wykonują tylko mecz, który rozgrywają trenerzy. Uznajmy więc, że Slaven Bilić zupełnie nie trafił ze swoimi pomysłami w plan Mauricio Pochettino. Nie dość, że atutów było mało, to jeszcze zostały powstrzymane przez rywala. W drugą stronę było zupełnie odwrotnie.

Następna kolejka w sobotę, ale dzisiaj mecz, w którym Crystal Palace powinien wsiąść do pociągu pierwsza czwórka. No a w sobotę wielki mecz, Leicester - Manchester United. Starcie lidera z wiceliderem. Jak Lisy powitają Nowy Rok na pierwszym miejscu, to będzie trzeba mówić o nich w kontekście walki o tytuł. Mecz z United to pierwszy kroczek. Do tego bardzo ważny mecz dla dołów tabeli, czyli Aston Villa - Watford. No a w niedzielę derby Londynu Tottenham - Chelsea i weryfikacja Kloppkriegu, czyli Liverpool - Swansea.

1 komentarz:

  1. Ostatnie wydarzenia w Paryżu na pewno dają do myślenia. Szczególnie, ze wielkimi krokami zbliża się euro 2016.

    OdpowiedzUsuń