_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

27.12.2015

18 Gameweek Premier League


Rozumiem, że piłkarze w Anglii nie mogli pohasać sobie przy stole, jak normalni ludzie, ale czasami można było dostrzec pewną ociężałość na boisku. To pewnie te uszka ciążyły, bo jak inaczej to wytłumaczyć.


Jak w końcu spróbować zrozumieć postawę piłkarzy Manchesteru United? Można stwierdzić, że nie chcieli oni, nie umierać, bo to przesada, ale zaangażować się mocniej w mecz. Chociaż to też niedobre, bo z tego można wyciągnąć wiele spiskowych teorii. W końcu jak piłkarze mają pokazać, że praca z danym menedżerem im służy? Grając na 110, może nawet na 120 procent i wtedy nikt im nie zarzuci, że grają na odczepnego. W meczu ze Stoke nie widziałem za bardzo tego dodatkowego zaangażowania. Za łatwo padły te gole. Rozumiem, że gospodarze pomału stają się silnym zespołem, ale przy tylu nowych twarzach w Manchesterze spodziewałbym się czegoś lepszego. Wychodzi na to, że zespół nie ma ani defensywy, ani ataku. Pojedyncze zrywy niektórych piłkarzy przypominają mi Chelsea przez zwolnieniem pewnego menedżera, gdzie również piłkarze grali w taki nieprzekonujący sposób. Zdaję sobie sprawę, że przy tylu pogłoskach dotyczących zmiany gra może być trudna, ale jednak wymagałbym trochę więcej. Będę uparcie powtarzał, że zespół musi poradzić sobie z dziurą pozostawioną po odejściu SAFa. Tylko tego się nie zrobi zmieniając ciągle menedżerów. David Moyes miał związane ręce. Nie został wsparty na rynku transferowym, mimo że sygnalizował pewne braki w składzie. Louis van Gaal został wsparty, ale problem luk w składzie pozostał. Mam wrażenie, że te pieniądze poszły na ozdobniki, a nie na piłkarzy mogących coś zmienić. Brakuje mi trochę wyrazistych postaci. Piłkarzy którzy po prostu zaznaczą swoją obecność w meczu. Nie tylko wezmą udział i pokwitują kolejną tygodniówkę. Mam wrażenie, że odejście szkockiego menedżera obdarło też zespół z pewności siebie, a naprawienie tego będzie wymagać czasu.

Skończył się za to czas Leicester. Wreszcie można powiedzieć, bo zepsuli tyle prognoz przedsezonowych. Nie sądzę, że zespół pozbiera się po porażce z Liverpoolem, skoro trudne mecze dopiero się zaczynają. Drużyna straciła pewną aurę tego, że jest silna. Do tej pory pchało to zespół do przodu. No i w spotkaniu z The Reds okazało się, że brakuje argumentów na boisku. Bez nich nie da się walczyć o czołowe miejsca. Dalej jest fotel lidera, ale to nie potrwa długo. Nie ma co szukać przyczyn porażki, bo ona jest oczywista. Leicester wrócił na swój poziom. Będąc na nim drużyna nie jest w stanie walczyć z silniejszymi od siebie. Liverpool nie zagrał wielkiego meczu, widać, że to jest wciąż zespół w budowie. Tylko skoro wygrał taki mecz, to pokazał, że może osiągnąć dużo.

Czy dużo może osiągnąć Arsenal to pytanie za milion. W momencie, gdy wydawało się, że zespół zrobi ten mały krok i wskoczy na pozycję lidera, przyszła porażka z Southamptonem. I to taka dotkliwa. Pierwszy gol, no, kandydat na bramkę roku. Drugi, można mówić, że był faul sekundy wcześniej, ale trochę zbyt bierna była defensywa. Trzeci gol to moim zdaniem błąd Petra Cecha, który jakoś nie zagrał wielkiego meczu. Moim zdaniem każda piłka w polu pięciu metrów od bramki powinna być własnością bramkarza. Zabrakło mi takiej władzy nad tą strefą, ale czy to pierwszy raz w tym sezonie? To już któryś kolejny raz, kiedy zespół pozwala rywalom na tak wiele tak blisko swojej bramki. Najprawdopodobniej to wpływ urazów, jakie mają piłkarze. Brak pary Santi Cazorla - Francis Coquelin zostawił wielką lukę w środku pola. Tak właściwie dwie pierwsze bramki, ustalająca narrację meczu, padły z tego właśnie powodu. Z kolei brak Alexisa Sancheza pozbawił drużynę czegoś ekstra w ataku. Gospodarze mieli po prostu dużo lepszy plan, na który goście nie mieli argumentów. W kontekście sezonu to może mieć znaczenie, bo spotkanie pokazało, że Arsenal nie jest aż tak silny, jakby się wydawało. Tylko w tym sezonie tytuł wygra i tak najsilniejszy ze słabych, więc nadzieja ciągle jest.

Podobnie nadzieje wciąż może mieć zespół Swansea. Nieprzypadkowo mecz z West Brom uznałem za sześciopak, bo patrząc w kalendarz naprawdę trudno było znaleźć lepszy mecz na przełamanie się. Pomógł w tym bramkarz rywala, bo moim zdaniem pogubił się przy golu dla rywala. Nie miał kontroli nad piłką, chyba nawet nie wiedział, gdzie ona jest. Biorąc pod uwagę, że zastępuje Bena Fostera i do tej pory grał dobrze, to trochę zaskakujące. Sam mecz nie był wielkim widowiskiem. Strzałów celnych aż pięć, ale za to dwa punkty sporne. Czy powinny być rzuty karne dla gości? Przy pierwszej sytuacji można się zgodzić, druga była chyba zbyt teatralna, ale nie zmienia to faktu, że Tony Pulis zagrał zbyt defensywnie. Przy normalnie grającej Swansea, nie mającej noża na gardle, można było tak zagrać i wyczekać swojego momentu. Jednak w momencie, gdy rywal ma problemy, nie ma menedżera i wyrżnął w strefę spadkową, to trzeba było ten swój moment sobie stworzyć. Tego mi zabrakło w tym meczu. Mam wrażenie, że trochę więcej odwagi dałoby komplet punktów.

Następna kolejka zacznie się jutro. Starcie Manchester United - Chelsea z wieloma podtekstami. Oprócz tego Watford - Tottenham, bo to mecz mogący rozstrzygnąć, kto tak faktycznie będzie bił się o pierwszą czwórkę. Wtorkowy mecz Leicester - Manchester City powinien ostatecznie przypieczętować losy pierwszego klubu. Nie można też zapomnieć o bardzo ważnym jutrzejszym meczu dla dołów tabeli, Norwich - Aston Villa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz