_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

18.01.2016

22 Gameweek Premier League


Patrzę w kalendarz i widzę datę 18 stycznia, ale kluby z Premier League zachowują się, jakby minęło zaledwie osiem minut otwartego okienka. Biorąc pod uwagę o jakie pieniądze toczy się gra, to dziwne. Nie widzę za bardzo tej chęci, która powinna towarzyszyć planowanym zakupom. Pewnie 1 lutego do północy będzie trwała nerwówka i masowy handel żywym towarem, czyli piłkarzami. No ale na razie 22 kolejka.


Która miała szanse zacząć się od niespodzianki. W końcu starcie Tottenhamu z Sunderlandem miało wyraźnego faworyta na papierze, ale boisko ma to w niedopowiedzeniu i nigdy się tym nie przejmuje. Było bardzo blisko sensacji, bo zejście na przerwę z wynikiem 0-1 było bardzo prawdopodobne. Ja wiem, że po meczu patrząc na wynik 4-1 można pomyśleć, że rywale nie mieli czego szukać, ale było inaczej. Taki mecz w stylu Sama Allardyce’a. Pozbawienie rywala jego mocnych stron, sprawienie, że się nie rozpędzi, a potem szybki atak i objęcie prowadzenia. Można powiedzieć łatwo strzelony gol, bo prostopadła piłka taka zawsze jest. Tylko potem miał miejsce rzadki błąd zawodnika gości. Lee Cattermole miał praktycznie piłkę na nodze, ale jakoś jej nie wybił. Jeszcze przy wyniku remisowym była szansa na objęcie prowadzenia, ale Jermaine Defoe ma już swoje lata i nie był wystarczająco szybki. Pewnie dlatego boczna siatka, ale ze złej, z jego punktu widzenia, strony. Tottenham zaczął grać szybciej, goście zaczęli zostawiać więcej miejsca i Mousa Dembela miał ze dwie wieczności, zanim uderzył na 2-1. Potem swoje pięć minut miał Jan Kirchhoff. Jak każdy zimowy transfer to ryzyko i widać było po nim brak rytmu meczowego. Nie dziwi, że doprowadził do karnego. Tottenham, mimo wysokiej wygranej, nie może usiąść i delektować się wysokim miejscem. Im bardziej grozi kolejna implozja, a nie udana walka o pierwszą czwórkę. Wciąż nie słychać o tym drugim napastniku, a ktoś taki przydałby się drużynie. Trudno mi sobie wyobrazić udaną walkę o dwa czy trzy cele. Skoncentrowałbym się na tej najważniejszej walce, a resztę po prostu odpuścił.

Chelsea nie ma takich problemów, bo walka o miejsce w pierwszej czwórce już jest poza możliwościami drużyny. Oczywiście można mówić, że są szanse matematyczne, ale powiedzmy to sobie szczerze. Jedyną szansą jest wygranie Ligi Mistrzów. Tylko że z taką grą to będzie trudne. W pierwszej połowie spotkania z Evertonem działo się niewiele. To było przebijanie piłki głównie. Po zmianie stron z bramkami było jak z autobusami. Romelu Lukaku chyba nie udźwignął presji, ale jego koledzy wyprowadzili zespół na dwubramkowe prowadzenie. Pozostawała jedna rzecz, zamknąć sklep i zakończyć mecz, ale pojawiły się błędy w defensywie. Stąd zrobił się wynik remisowy i tak zmierzało to do końca, ale w 90 minucie miała miejsce sytuacja, która rozdęła czas meczowy. Rozumiem rozżalenie piłkarzy i szkoleniowca gości, ale jak się cieszysz z kibicami, to takie są konsekwencje. Arbiter doliczy te wszystkie zmarnowane minuty. No i pod koniec kolejne błędy w defensywie, jak dobrze liczę trzy przegrane główki pod rząd w okolicy i we własnym polu karnym. Był spalony? No był, ale sędzia go nie odgwizdał, bo równie dobrze gracz Evertonu mógł zagrać piłkę. Tak mógł to widzieć sędzia. Który to już raz pisze się o defensywie Evertonu, jednocześnie nie chwaląc jej. O ile gra ofensywna jest na mocną piątkę (trzeci wynik w lidze), tak gra defensywna jest 14. Obok są zespoły walczące o pozostanie w lidze. Bez naprawienia tego problemu, może po prostu zatrudnieniu trenera odpowiadającego tylko za grę defensywną, zespół nie pójdzie do przodu. W końcu to defensywa wygrywa mistrzostwa, bo uniezależnia zespół od formy swoich napastników. Mówiąc w skrócie, bez dobrej defensywy wiele nie zwojujesz.

To motto powinien przybić w szatni Jurgen Klopp, bo po raz kolejny jego zespół skapitulował, gdy wysoka piłka doleciała w jego pole karne. To już nie jest przypadek. No a sam mecz z Manchesterem United głównie żyje przeszłością, bo w ostatnim spotkaniu nie była ani jakości (masa niecelnych podań), ani jakichś emocji. Po prostu starcie dwójki średniaków, pompowanych historią. Goście oddali tylko jeden celny strzał, ale wystarczył do zgarnięcia kompletu punktów. Gospodarze mieli przewagę, ale bez produktu finalnego, jakim są gole. Wydaje się, że menedżer obraził się na Christiana Benteke. Rozumiem, że to nie jest napastnik w stylu Michaela Owena, Robbiego Fowlera, czy Luisa Suareza, ale Emile Heskey potrafił się jakoś odnaleźć w klubie. Benteke to jakiś problem dla klubu. Dziwi mnie, że nikt nie potrafi go rozwiązać. Wbrew pozorom walka o pierwszą czwórkę nie jest przegrana, tylko że będzie to wymagało szybkiej dobrej zmiany. A jak mówi przysłowie, co nagle, to po diable. Albo angielskie haste makes waste.

Następna kolejka w sobotę. Jednocześnie to będzie ostatnia kolejka styczniowa. W sobotę najciekawiej zapowiada się chyba mecz Leicester - Stoke. Potem West Ham - Manchester City. Gospodarze muszą coś sobie udowodnić. No a w niedzielę derby Londynu. Tylko że to starcie 1 drużyny z 14, więc grozi to samo, co było w meczu Liverpool - Manchester United. Przeszłość, a nie teraźniejszość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz