_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

25.01.2016

23 Gameweek Premier League


Aż trudno uwierzyć, że za nami ostatnia kolejka przed zamknięciem zimowego okienka transferowego. Następna zacznie się we wtorek 2 lutego, więc nic nie będzie przeszkadzać w tej orgii zakupów, która przetoczy się przez kluby w angielskiej Premier League. To potoczy się jak prawdziwa lawina, bo nikt nie będzie chciał zostać z tyłu. Walka toczy się o zdecydowanie za dużo pieniądze.


Walka o mistrzostwo? Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym roku wygra zespół, który po prostu popełni najmniej błędów. Czy będzie nim Leicester? Dlaczego nie, w tych zwariowanych czasach. Mecz ze Stoke delikatnie rozczarował, tak jakby jakiś wirus spętał piłkarzy tego klubu. Nie spodziewałem się takiej miernej gry. Skoro nawet menedżer krytykuje swój zespół, to coś musiało być na rzeczy. Po prostu wyglądało to tak, jakby piłkarze Stoke w ogóle nie zaczęli tego spotkania. Leicester nie jest jeszcze takim zespołem, żeby tak narzucić swoją grę i stłamsić przeciwnika. Przełamał się Jamie Vardy, który wcześniej odliczał godziny bez bramki, ale nie przesadzałbym. Drużyna gości jakoś nie potrafiła wejść na swój poziom. Nie sądzę, że to nerwy, bo spotkanie z Leicester to fantastyczna okazja dla każdego zespołu. To był w końcu mecz, który zespół gospodarzy musiał wygrać, a goście tylko mogli. Tylko że na boisku wcale nie było tego widać. Rozumiem, że gdzieś w tle jest ten półfinał Pucharu Ligi, który może zaprzątać umysły, ale spodziewałbym się czegoś więcej. No chyba, że to zasłona dymna. Tylko jak się jedzie na Anfield z jedną bramką w plecy, to na za dużo bym nie liczył. Rozumiem, że to puchar, ale bez przesady.

Tym bardziej, że Liverpool rozegrał w Norwich mecz sezonu. Po 54 minutach gospodarze prowadzili 3-1 i wydawało się, że mają ten mecz pod kontrolą. Tylko że po nim posypały się kolejne bramki dla gości. Wynik 3-4 do doliczonego czasu gry i dopiero zaczęły się emocje. Najpierw wyrównanie, fantastyczny strzał Sebastiena Bassonga. No a potem gol kosztujący okulary menedżera, czyli uderzenie Adama Lallany i eksplozja dzikiej radości. Tak właściwie widzieliśmy wszystkie mocne i słabe strony Liverpoolu. Z jednej strony potężny potencjał ofensywny. Pięciu bramek nie strzela się co mecz, zwłaszcza że główny napastnik marynuje się gdzieś tam na ławce. No a z drugiej cztery bramki stracone i co dośrodkowanie, to pożar w polu karnym Liverpoolu. I jeszcze ten rzut karny, no, ręce opadają. Jak można w tak prosty sposób sfaulować we własnej jedenastce. Z taką defensywą nie widziałbym za bardzo drużyny wysoko w tabeli. Inne zespoły nie pozwolą sobie na wdanie się w wojnę na wyniszczenie, a zadadzą 2-3 ciosy. Dopóki menedżer tego nie naprawi, to nie widzę za bardzo drużyny bijącej się o coś wielkiego. No ale do końca okienka jeszcze trochę czasu, więc może, może.

Tylko że nie można zapomnieć o innych zespołach, które też widzą się w pierwszej czwórce na koniec. Przyznam się, że nie spodziewałem się remisu w meczu West Ham - Manchester City. Obie drużyny mają o co walczyć i podział punktów wydawał się ostatnią rzeczą, która może się zdarzyć. Błędy w defensywie City to coś, czego można się spodziewać. Gol po 53 sekundach, no chyba myślami byliśmy jeszcze w szatni. Drugi gol też jakoś przeraźliwie łatwo, bo wyrzut z autu. Bez Vincenta Kompany’ego defensywa City wygląda jak swój cień. Na szczęście dla nich swój dzień miał Sergio Aguero. Tylko że argentyński napastnik ma za długie przerwy, kiedy ma po prostu słabsze mecze. Drużyna też nie potrafi go wesprzeć, tak jakby też wchodziła tylko co jakiś czas na wyższy bieg. To jest problem, zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Już kiedyś pisałem, że kolejny tytuł krajowy nie zrobi na nikim wrażenia. Przebój w Europie tak, więc to tam powinna koncentrować się uwaga menedżera. Tym bardziej, że następca podobno już jest.

Co prawda nie zdziwiłoby mnie za bardzo objęcie Arsenalu, ale wejście na ten grunt będzie trudne dla każdego szkoleniowca. Derbowy mecz z Chelsea miał potwierdzić, że drużyna jest zdolna do walki o tytuł. No i za bardzo nie potwierdził. Rozumiem emocje wśród piłkarzy, ale wydawało się, że ten najpoważniejszy czynnik, niejako prowokujący te wszystkie waśnie, już jest poza grą. Tylko że Arsenal sam z siebie brzydko implodował. Tak jakby faktycznie w meczu ze Stoke złapał tego wirusa słabej gry. Brakowało mi pewnego dołożenia większego wysiłku, zmierzenia się z wyzwaniem. Rozumiem, że po meczu można mówić o czerwonej kartce jako przyczynie porażki. Tylko nie zgadzałbym się z takim postawieniem sprawy. Mi w Arsenalu brakowało pomysłu na przebicie się przez defensywę rywala. Do tego doszedł błąd w defensywie przy bramce dla gości i tak właściwie Kanonierzy, oprócz kilku pół-szans, niczego nie pokazali. Kojarzy mi się jedno słowo, inability, które po polsku chyba nie ma tłumaczenia oddającego dokładny sens. Wiadomo było, że Chelsea postawi rywalowi wysokie wymagania. Jednak jeśli najlepsze szanse miał Matthieu Flamini, to coś było nie tak. Widać, że problem jest poważniejszy i wygrana w pucharze przed sezonem nie rozbiła tych barier, które pętają zespół. Na takim poziomie wydawałoby się, że znajdzie się szybciej rozwiązanie problemu. Tylko że wciąż to najpoważniejszy kandydat do mistrzostwa na koniec.

Następna kolejka wtorek-środa od 2 lutego. Leicester - Liverpool, West Brom - Swansea a w środę Everton - Newcastle. Nowi gracze powinni być już w nowych klubach, więc to może być ciekawe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz