_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

28.02.2016

Finał Pucharu Ligi 2016


Pierwszy mecz finałowy któregoś pucharu w tym sezonie. Może trofeum najmniejszego kalibru, ale starcie dwóch drużyn, które chcą coś sobie udowodnić. Dlatego można było spodziewać się ciekawego meczu.


Początek dla Liverpoolu. Aktywniejsi piłkarze, jakby chcieli osiągnąć przewagę, ale bez efektu końcowego. Z czasem zaczął budzić się zespół City, potem systematycznie osiągał większą przewagę. Z tego wyszedł strzał w słupek w 23 minucie, potem mecz się jednak rozmył, temperatura opadła, a szanse zanikły.

Ogólnie rzecz mówiąc pierwsza połowa strasznie bezjajeczna, tak jakby waga meczu przytłoczyła obie drużyny i nikt nie chciał przegrać. Niewiele celnych strzałów najlepiej o tym świadczy. Gdyby nie interwencja Simona Mignoleta i sparowanie strzału Sergio Aguero na słupek, to nie byłoby o czym mówić. Najlepsze podsumowanie było na Twitterze: obserwowanie gotującej się wody w garnku byłoby ciekawsze.

Po zmianie stron miało być lepiej i było, bo gol w 49 minucie wpłynął na emocje. Defensywa The Reds zaspała, nic więc dziwnego, że padł gol. Powiedziałbym, że nie cofnął się defensywny pomocnik za wchodzącym z głębi pola Fernandinho. No i bramkarz mógł się zachować lepiej. Tak 50% gola jest jego. Następnie próby jednego zespołu, gra z kontry drugiego, ale nic tak właściwie z tego nie wynikało. Po raz kolejny: przewaga posiadania, bez stwarzania sobie klarownych okazji, nic nie daje. No i tak ten mecz zmierzał do ostatniego gwizdka arbitra, ale padł gol dla Liverpoolu. Coutinho w 83 minucie zakończył ofiarną akcję The Reds i zmierzaliśmy do dogrywki. Mimo kilku szans z obu stron, dogrywka.

W której obie drużyny cierpliwie wyczekiwały na rzuty karne. Było widać pewną niechęć do ryzyka. Jak już ktoś ryzykował, to bramkarze stali na wysokości zadania. No i rehabilitował się Mignolet. Bez niego nie byłoby rzutów karnych. Zupełnie niepotrzebna scysja pod koniec nie zmieniła niczego. Chociaż nie da się ukryć, że to było głupie. Emocje? Jeśli tak, to aż strach pomyśleć, jak walka będzie się toczyła o coś naprawdę wielkiego.

No a rzuty karne, gdzie na pierwszym miejscu był bramkarz. Nie ten o którym się myśli, ale Willy Caballero. Obronił trzy rzuty karne i pokazał, że decyzja menedżera była słuszna. No a Mignolet nie dołożył czegoś ekstra od siebie, ale czy mógł? No chyba nie. Można powiedzieć zasłużony zwycięzca. W końcu City w tym meczu to jeden gol, jeden niepodyktowany karny, trzy jak dobrze liczę setki. No a Liverpool, nie chcę powiedzieć rozczarował, ale spodziewałem się czegoś ekstra. W finałach to bardzo często decyduje, a w tym meczu tego nie widziałem. Można zażartować, że rewanż w środę, ale w lidze te drużyny są trochę inne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz