_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

07.03.2016

29 Gameweek Premier League


Z niczego tak właściwie dystans do bezpiecznych miejsc urósł do ośmiu punktów, a liczba drużyn zagrożonych spadkiem zredukowała się do trzech. Problem w tym, że zostało tylko jedno bezpieczne miejsce, a więc chyba spadnie ktoś z dużą nazwą.


Czy będzie to zespół Newcastle? Coraz więcej rzeczy wskazuje na to, że będzie to jeden ze spadkowiczów. Nie chodzi wcale o przegrany mecz z Bournemouth, który śmiało mógł starać się o nazwę sześciopaka. Zamiast walki, pokazania że zależy, piłkarze Newcastle pokazali raczej, że zmiana szkoleniowca jest im niezbędna. Ten obecny nie potrafi najwyraźniej wyzwolić tego potencjału. To zła reakcja, kiedy po stracie gola samobójczego zespół chowa się i praktycznie znika z murawy. Goście nie musieli się już wtedy mordować na boisku, mogli poczekać na odpowiedź gospodarzy, której po prostu nie było. Potem drugi gol, chwilowy zryw gospodarzy, ale potem tragiczny z punktu widzenia defensywy Newcastle gol ustalający wynik meczu. Piłkarze Newcastle sprawiali wrażenie, że są jak dzieci we mgle. Nieporadne, nie potrafiące zrobić czegoś pozytywnego na boisku. Spodziewałbym się po prostu innej reakcji po graczach, którzy w Premier League grają co najmniej kilka sezonów. Bournemouth zagrał dobre zawody, ale poprzeczka została zawieszona bardzo nisko. Dziewięć meczów i jedenaście punktów przewagi nad strefą spadkową. Menedżer, któremu zależy, więc chyba nic złego tej drużynie już się nie stanie.

Coś złego stało się za to w Manchesterze United. Gości czekają trudne mecze w tym miesiącu. Starcia w Lidze Europy z Liverpoolem, potem przyjeżdża West Ham, a na koniec miesiąca derby. Dlatego to było najłatwiejsze spotkanie, które zespół po prostu zawalił. Nie wiem, co myślał sobie Juan Mata. Potwierdził w ten sposób decyzję Chelsea, która oddała go bez większego żalu. Pierwsza żółta za przeszkadzanie w wybiciu rzutu wolnego, no, niby można to zaakceptować, tylko nie w 23 minucie, kiedy przed nami 70 minut meczu. No a druga żółta kartka to jakiś koszmar. Po co faulował, w zupełnie niegroźnej sytuacji, dwie czy trzy minuty po poprzednim upomnieniu? Wyłączył myślenie, czy jak. Nie ma co patrzeć na charakter gracza, bo dwa przewinienia musiały być ukarane upomnieniem. No a dwie żółte kartki to jedna czerwona. Od zawodnika mającego takie doświadczenie spodziewałbym się jednak czegoś innego, bardziej dojrzałego. Mecz później zmierzał do bezbramkowego remisu, ale w 66 minucie pogubiła się defensywa Manchesteru. Nie pierwszy raz w tym sezonie można powiedzieć. Równie dobrze piłkarze United mogli rozścielić dywan przed napastnikiem West Brom, bo miał on tyle czasu i miejsca, że aż żal było nie wykorzystać tej okazji. Pierwsza czwórka na koniec sezonu dla Manchesteru? Chyba nie w tym sezonie. Pozostaje wygrać Ligę Europy.

To raczej nie są problemy zespołów walczących w derbach Londynu, ale mi najbardziej podobały się dwa przemyślenia podpatrzone na Twitterze. Arsene Wenger jest jak dinozaur, żyjący ciągle przeszłą chwałą i uparcie czekający na ten swój meteoryt. Natomiast Mauricio Pochettino podobno rozpoczął rozmowy z Chelsea, która wciąż szuka nowego menedżera. Oczywiście nie bezpośrednio, bo to byłoby złamaniem kontraktu, ale przez pośredników już można. Może dlatego nikt nie jest zadowolony z wyniku, jakim zakończyły się derby. Z góry powiem, że w odrodzenie Arsenalu nie wierzę za bardzo. Mecze derbowe wyzwalają same z siebie dodatkową motywację. W przypadku Kanonierów chodzi o to, żeby zespół był zmobilizowany na te teoretycznie łatwiejsze mecze. Kiedy jedno wydarzenie może postawić przebieg spotkania na głowie. Natomiast Tottenham chyba dopada ten mały kryzys. Głównie fizyczny, bo zespół dotychczas grał mocno eksploatując swoje siły. Dlatego derby, mimo przewagi jednego gracza przez ponad pół godziny, zakończyły się tylko podziałem punktów. A równie dobrze mogły skończyć się porażką, bo w doliczonym czasie gry to Arsenal miał setkę. To byłaby wygrana mogąca nawet zagrozić liderowi, bo komplet punktów wywalczony w taki sposób, musiałby pozostawić pewne pozytywne ślady. Czerwona kartka? No cóż, z gatunku tych głupich. Jak zawodnik, mający upomnienie, może tak grać. To jest coś, co prześladuje Arsenal. Pewne zmiany w taktyce, budzący się ze snu zimowego Alexis Sanchez mogą być oznakami czegoś dobrego. Tylko Kanonierom wciąż potrzebny jest kryzys w Leicester. Po prostu czy drużyna, którą wiele osób widzi na pierwszym miejscu na koniec, rzeczywiście udźwignie presję. Osiem punktów, dziewięć meczów do końca. Liga widziała już takie upadki w razie czego.

Na koniec dwa słowa o Evertonie. Ile razy słyszałem z ust menedżera tego klubu, że dwubramkowe prowadzenie jest bardzo niebezpieczne. A jeszcze jak nie wykorzystasz rzutu karnego, to już w ogóle. Można powiedzieć, że w tym przypadku prawo atrakcji zadziało. Tylko nie należy zapominać, że to całe prawo to po prostu głupie gadanie bez żadnej wartości. Everton jest po prostu słaby defensywnie i z taką progresją wyników za sezon będzie walczył w dole tabeli.

Następna kolejka w sobotę, ale strasznie okrojona z uwagi na mecze w Pucharze Anglii. Będzie chyba tylko pięć spotkań łącznie z poniedziałkiem, więc nie ma potrzeby wskazywać, które będą naj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz