_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

14.03.2016

30 Gameweek Premier League


Trochę jestem rozczarowany, bo nie dość, że kolejka z uwagi na mecze pucharowe liczyła pięć spotkań, to jeszcze najciekawsze będzie dziś. W końcu starcie Leicester - Newcastle znacznie urosło przez ostatnią zmianę menedżera. No ale najpierw podsumowanie tej kolejki.


W którym mieliśmy spotkanie, które może aspirować do miana polskiego meczu. Naprzeciw siebie w meczu Bournemouth - Swansea stanęło dwóch polskich bramkarzy. Korci mnie żeby napisać dwóch bramkarzy, którzy finały we Francji obejrzą w telewizji, ale szanse na reprezentacje nie powinny mieć znaczenia dla meczu. O ile Artur Boruc może być zadowolony ze swojej postawy, tak Łukasz Fabiański nie. Był jednym z najsłabszych graczy na boisku. Miał spory udział przy dwóch bramkach dla rywala, więc nie był to dobry występ. Pierwszy gol odbicie piłki, dla bramkarza to zawsze ryzyko i kupno losu na loterię. Tym razem się nie udało. Drugi gol, za łatwy. Wydawało się, że Polak ma piłkę na rękawicy, ale znalazła się ona w bramce. Za duże wahania formy są czymś, co prześladuje zawodnika. Na koniec lutego świetny występ przeciwko Tottenhamowi. Teraz mocno przeciętny mecz, który potoczyłby się inaczej, gdyby Polak w bramce nie popełnił błędów. Co tu dużo nie mówić, to było typowe starcie zespołów walczących o pozostanie w lidze i czujących ciągle oddech rywali na swoim karku, którzy są niżej w ligowej tabeli. Nie będę ukrywał, że nie spodziewałem się tak dobrej serii gospodarzy, ale zespół gości dużo dołożył do wygranej. Bez pomocy Swansea nie byłoby tak łatwo. Powrót Maxa Gradela po kontuzji był na pewno czymś miłym, ale gości nie było w tym meczu. Pozostaje pytanie, czy to z powodu błędów bramkarza piłkarze grali słabiej, czy po prostu zawirowania poza boiskiem (menedżer wciąż w szpitalu) odcisnęły swoje piętno. Spodziewałbym się po prostu czegoś lepszego, bo dwie wygrane zdawały się zwiastować pewną poprawę, a zwycięstwo w sobotę byłoby przypieczętowaniem pozostania w lidze. Potem jeszcze odprawienie spadkowicza, 39 punktów i można kończyć sezon. To może powiedzieć zespół Bournemouth, który ma 38 punktów, jeden łatwy wyjazdowy mecz przed sobą i kilka spotkań, gdzie po prostu pokaże się z jak najlepszej strony, bez żadnej presji.

Tak zagrał chyba zespół Norwich i pokazał, że Manchester City nie ma szans w walce o tytuł. Zespołowi brakuje kreatywności, chęci wyrwania punktów rywalowi i intensywności gry. Mówiąc w skrócie, zespół nie ma żadnej cechy prawdziwej drużyny. Sprawia to wrażenie przypadkowego zlepka piłkarzy, którzy po prostu przypadkiem znaleźli się tego dnia na murawie. Zbyt szybko wchodzi się w stan czekania, kiedy pokaz magii któregoś zawodnika uratuje dzień. Jak Sergio Aguero, bo to o nim mowa, nie ma dobrego dnia, to wszystko się rozsypuje. W końcu Manchester City miał kilka pół-szans, gdzie na drodze stawał obrońca, bądź bramkarz. Gospodarze mieli za to strzał w poprzeczkę i tak myślą, że gdyby mieli więcej jakości w składzie, to spokojnie wygraliby ten mecz. Co byłoby niespodzianką, bo poprzednia wygrana miała miejsce drugiego stycznia. Zdaję sobie sprawę, że w Manchesterze czekają już na nowego menedżera. Można powiedzieć mesjasza, który zastanie drużynę drewnianą, a zostawi murowaną. Ale to jest tylko bierne czekanie i wnioski z tego meczu są takie, że obie drużyny będą najprawdopodobniej niezadowolone w maju.

W meczu, gdzie jedna drużyna na pewno będzie niezadowolona, a druga może, Aston Villa przegrała z Tottenhamem, ale było bardzo blisko doprowadzenia do remisu. To nie pomyłka. W prasie będą pewnie bombiastyczne pochwały angielskiego duetu, który już praktycznie ma zarezerwowane miejscówki w samolocie do Francji, ale pod koniec meczu piłkarze gości stanęli. Dlatego Villa miała swoje szanse, które innego dnia zamieniłyby się w gole. Najpierw Rudy Gestede trafił w poprzeczkę, gdy dobijał strzał kolegi odbity od słupka. Potem Joleon Lescott trafił w słupek, a wcześnie obrona Tottenhamu zgubiła go popisowo we własnym polu karnym. Szczerze mówiąc, nie byłbym za bardzo uspokojony po tym meczu. Tottenham niby ogranicza liczbę spotkań przed sobą, ale jednocześnie widać oznaki kryzysu. Jak poważnego i czy mogącego zamieszać w ligowej tabeli, czas pokaże. Jedno co jest niepokojące to fakt, że formę trzeba mieć teraz. W końcu decyduje się sezon.

Zakończę nietypowo i krótko o Pucharze Anglii. Chelsea skończy sezon z pustymi rękoma, poza miejscami dającymi prawo gry w Lidze Mistrzów po raz pierwszy od, hmm, tak właściwie sezon 1995/96 wchodziłby w grę. W sezonie 2001/02 był chociaż finał Pucharu Anglii. W tym nie będzie niczego i można zadać sobie pytanie, kto wyrzucił z klubu Romelu Lukaku. W przyszłym sezonie Everton będzie dla niego już za mały prawdopodobnie. Tylko czemu nie dostał szansy w Chelsea. To pytanie za milion. Drugie pytanie, które można sobie zadać, brzmi: czy to koniec drogi dla Arsene’a Wengera. Nie chodzi o samą porażkę z Watfordem, bo ona mogła się zdarzyć. To w końcu piłka. Tu chodzi bardziej o fakt, że dla niego sposób jak się wygrywa, jest ważniejszy od kwestii co się wygrywa. Piłkarze mieli zebranie, nieoficjalne, postanowili najprawdopodobniej odpuścić część rozgrywek i skoncentrować się na lidze, ale obawiam się, że jest za późno. Osiem punktów straty, dziewięć meczów do końca. Sytuacja wydaje się beznadziejna i potrzebnych jest wiele pomocnych dłoni, wyciągniętych przez rywali.

Następna kolejka zacznie się w sobotę. Everton - Arsenal na dzień dobry, a potem Chelsea - West Ham. W niedzielę derbowa dogrywka. Tyne-Wear derby i derby Manchesteru. O ile pierwszy mecz ma znaczenia dla losów tabeli, tak drugi można powiedzieć, jest pożegnaniem dla obu szkoleniowców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz