_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

12.12.2016

15 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Pisałem, że lubię grudzień w Premier League. Tyle się dzieje, czasami nawet nie ma czasu, żeby to skomentować, ale liga gra. Następna kolejka zacznie się jutro, więc nie można już czekać na formę. Kto nie ma jej teraz, to straci punkty.


Rozpocznę jednak od Evertonu, bo chyba zrozumiałem, dlaczego drużynie przestało iść w lidze. W drużynie zjawił się Ashley Williams, nowy gracz w defensywie. Teoretycznie wzmocnienie, ale praktyka pokazała, że nie do końca. Piłka nożna to nie matematyka, gdzie 2+2 zawsze równa się 4. Tutaj czasami wynik może wynieść pięć, lub sześć, a czasami pół, lub ćwierć punktu i takie coś właśnie widzimy w klubie. Wydaje się, że nie do końca nowy zakup wkomponował się w skład. Pewne rzeczy musiały się zmienić, ale zespół nie przepracował za bardzo tego wydarzenia. Niby wszystko jest na miejscu, czyli skuteczny napastnik, dobra defensywa, solidna linia pomocy, dobry bramkarz, ale dość przeciętny zespół. Zespół, który przez trzy miesiące wygrał tylko raz. To za mało i wymusi to pewną reakcję, bo nikt nie lubi, jak drużyna traci punkty.

Podobne myśli są w Manchesterze City, bo miała być reakcja na porażkę z Chelsea, a wyszło tak nijako. Mnie zaciekawił artykuł w Super Expressie przed spotkaniem klik. Czytając go, wiedziałem że coś się będzie działo. Skoro gazeta niezajmująca się wprost angielską piłką poświęca artykuł perypetiom obecnego mistrza, to nie jest dobrze. Tylko że w tym spotkaniu praktycznie wszystkie wspomniane zalety pokazał zespół City. Od pewnej impotencji taktycznej (nie tylko chodzi o grę defensywy, ale o brak wsparcia dla niej ze strony pomocników i ustawienie meczowe, które chyba mogło być lepsze), do nieobecności pewnych graczy (niektórych dosłownie, bo pauzowali za czerwone kartki, a inni udali się na emigrację podczas spotkania, można zażartować). Jamie Vardy, który umówmy się, nie gra rewelacyjnie w tym sezonie, strzelił pierwszy hat-trick dla klubu, Riyad Mahrez wrócił na chwilę do tego, czym czarował nas w poprzednim sezonie, a goście? Bardzo rozczarowali, tak jakby porażka w poprzednim spotkaniu ciągle ciążyła im na plecach. Można zadać sobie pytanie, czy pogubił się Pep Guardiola, dla którego futbol angielski jest czymś nowym. Zarówno w Barcelonie, jak i w Bayernie, teraz zbliżał się okres przerwy zimowej. Czas, kiedy można doszlifować jedenastkę i plany taktyczne na mecze. Tutaj tego czasu nie ma, a rywale są silniejsi niż wcześniej. W Niemczech poważniejszych rywali Bayern nie miał, a w Hiszpanii był tylko Real. Tutaj rywali jest kilku, a strata punktów będzie boleć. Nie ma za bardzo kiedy rotować ciągle defensywę i szukać tego naj ustawienia. Siedem punktów do lidera, ósmy z różnicy bramkowej, a dwa trudne mecze czekają do końca roku. Jesteśmy już na terenie, gdzie nie ma miejsca na błędy, a biorąc pod uwagę to, co widziałem w tym meczu, to problemy klubu są chyba poważniejsze. Nie jest łatwo można powiedzieć.

Nigdy nie sądziłem, że podobnych słów użyję po meczu Swansea – Sunderland, ale jednak. Nie jest, a raczej nie będzie łatwo gościom pozostać w lidze. W końcu oni pomogli gospodarzom wygrać ten mecz i to jak wyraźnie. Pierwsza połowa sugerowała wojnę na wyniszczenie między zespołami. Tylko po zmianie stron błędy defensywy, nie wiem, który większy. Zagranie piłki ręką? Do uniknięcia, po prostu nie robisz z siebie wiatraka w polu karnym. Inne wykonanie rzutu rożnego przez rywala? Nie wiem, jak można było się tego nie spodziewać. Rozumiem, że ten gol to litry potu wylane na treningach, ale Sunderland czasem tego też nie robi? A trzeci gol to kryminał, bo jak można pozwolić napastnikowi rywala, który dobrze gra głową, na zagranie piłki z własnego pola bramkowego. Gdzie była defensywa można zapytać. To nie tak miało wyglądać, bo goście przystępowali do tego meczu po trzech wygranych w czterech ostatnich meczach, a gospodarze po raz ostatni wygrali niby niedawno, ale w poprzedniej kolejce Tottenham rozstrzelał ich pięcioma bramkami i pojawiły się pogłoski, że pozycja szkoleniowca jest zagrożona. Rozumiem, że to wywołuje reakcję, ale można się było przed nią zabezpieczyć i wysłać rywala ostatecznie do drugiej ligi. Zamiast tego są problemy.

Podobne problemy miał Tottenham w meczu z Manchesterem United, ale przynajmniej mam satysfakcję. Czułem, że nie padnie tu wiele bramek, ale oczekiwałem na bramkę pod koniec meczu, powiedzmy po 70 minucie. No i też oczekiwałem czegoś lepszego po zespole gości. Można się było spodziewać, jak zagrają Czerwone Diabły, bo ten zespół musi się dotrzeć. Tylko czegoś zupełnie innego spodziewałbym się po rywalach. Rozbili Swansea, wcześniej wdusili gola Chelsea słynącej z żelaznej defensywy, wygrali na pożegnanie w Lidze Mistrzów, ale w tym meczu zagrali strasznie nijako. Jakoś trudno mi sobie przypomnieć tak wiele niedokładnych piłek, tak wiele sytuacji, kiedy brakowało pomysłu jak zagrać, nie mówiąc o wykonaniu. Gry United można było się spodziewać, jak przyjeżdża się na Old Trafford, do drużyny, która jest podrażniona serią słabych wyników. Tylko zamiast poczekać i dać rywalom szansę po popełnienie błędu, to goście sami go popełnili, a potem nie byli w stanie go odrobić. Tak więc mecz nijaki, ale błędy zdecydowały. Czy ten wynik zdecyduje na koniec o miejscu w pierwszej czwórce? Na chwilę obecną to wyglądało jak mecz o piąte miejsce tylko, ale zobaczymy, co zrobi zespół United i rywale z pozycji 3-4, którym coś zaczęło delikatnie zawodzić.

Następna kolejka jutro. Everton – Arsenal na dzień dobry, a w środę Manchester City – Watford i West Brom – Swansea. Rozumiem, że pisanie ciągle o tych samych drużynach wydaje się monotonne, ale to nie moja wina, że sezon z reguły decyduje się w grudniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz