_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

15.12.2016

16 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Czas, żeby zabrać się za pracę na poważnie. W przypadku piłkarza klubu z Premier League oznacza to grę blisko najwyższego poziomu, bo sezon z reguły decyduje się teraz. Dlatego nie powinno się tracić punktów.


Tej lekcji nie wziął sobie do serca Arsenal, który przegrał w Liverpoolu z Evertonem, ale oznaki kryzysu są chyba ciut poważniejsze. Po pierwsze zamieszanie medialne, bo podobno niektórzy zawodnicy wkrótce opuszczą klub. Kluczowi zawodnicy trzeba dodać, a to nie buduje poczucia swojej siły. Po drugie, a to chyba poważniejszy problem, zaczęła przeciekać defensywa. To raczej nie jest problem z nazwiskami, bo linia obrony nie zmienia się za bardzo, ale od połowy października zespół zaczął regularnie tracić bramki. Ani w Lidze Mistrzów, ani w lidze krajowej, nie udało się zachować czystego konta od 22 października. To trochę za długo, by nie zacząć mówić o kryzysie. Problemie w taktyce meczowej, innych poleceniach dla zawodników, wreszcie o kłopotach z odpowiednią motywacją. Do tego spotkania zespół ratowała linia napadu, strzelająca masę bramek. Jednak jak została ona powstrzymana, a jednocześnie defensywa pozwoliła sobie strzelić dwie bramki, to pojawił się problem. Rozumiem, że Everton musiał. Trudno do spotkania derbowego, które będzie w następnej kolejce, przystępować z taką nijaką serią wyników. Im potrzebny był taki wynik, żeby się przełamać. Podobnie jak bohaterowi mojej poprzedniej notki o kolejce w Anglii, bo Ashley Williams miał pewne problemy z odnalezieniem się w nowej drużynie. W tym meczu wydawało się, że będzie po staremu. Piłka odbiła się od niego, zmyliła bramkarza i Arsenal prowadził. Tylko że po tym golu goście nie potrafili dobić rywala. Za dużo szans nie zostało wykorzystanych, a Everton wrócił. I to jak, bo wygrana teraz jest bardzo cenna. Prawdopodobne pozwoli ona uśpić pewne strachy, które panoszyły się w drużynie. Nie sądzę, że drużyna wróci do walki o miejsca 1-4, bo ten pociąg już odjechał, ale miejsca 5-7 już mogą być ich. No a Arsenal tradycyjnie, miał szansę, nie wykorzystał jej. Nic nowego, bo świadkami podobnych zachowani byliśmy w poprzednich sezonach też.

Ich najbliższy rywal, czyli Manchester City, niby wygrał z Watfordem, ale powiedzmy sobie szczerze, te dwie porażki w lidze wstrząsnęły zespołem. To było widać w grze zawodników, bo nie mają oni już takiego automatyzmu w tym, co robią. Po prostu piłkarze zaczynają wątpić w siebie i plan na mecz. Rywale mogliby pokusić się o wygraną, ale zabrakło im po prostu umiejętności czysto piłkarskich. No i też Manchester wyrwał te punkty sercem, bo w kilku momentach zagrał dość ofiarnie. Tylko czy to wystarczy w starciu z rywalem, który po prostu więcej umie na boisku i nie boi się tego pokazywać. Ten sezon miał wyglądać inaczej, bo w teorii przynajmniej spotkał się dobry szkoleniowiec i klub mający potężne muskuły finansowe. Stąd nowi zawodnicy, czasami kupowani z myślą o następnych sezonach, ale pogubił się lekko ten, kto odpowiada za wynik końcowy. To tak jak kucharz, niepewny do końca smaku swojej potrawy, stara się go poprawić. Trochę przyprawy, potem innej, znów innej, więcej tej pierwszej i to tak zaczyna meandrować, a tego wymarzonego smaku jak nie było, tak nie ma. W przypadku drużyny oznacza to, że wyniki zaczynają odbiegać od tego, co zakładano przed sezonem, a każda nowa zmiana taktyczna wprowadza jeszcze więcej chaosu. Dlatego szkoleniowiec będzie przeczołgiwany za to przez media, bo po prostu dostarcza wiele tematów dziennikarzom. Prosta recepta, niech twoja drużyna gra zgodnie z tym, co zakładała sobie przed sezonem. Bo im bardziej będzie to odbiegało od pewnego wzorca, to jeszcze więcej będzie się o tym pisało i podgrzewało atmosferę. No ale nikt nigdy nie mówił, że bycie szkoleniowcem jakiegokolwiek klubu piłkarskiego jest łatwe.

Inną taktykę radzenia sobie z mediami obrał szkoleniowiec Liverpoolu. Skoro bramkarz jego drużyny został skrytykowany przez eksperta w telewizji, a powiedzmy to szczerze, ta krytyka była zasłużona, to szkoleniowiec odpowiedział atakiem na dziennikarza. Co prawda później potwierdził opinie ekspertów można powiedzieć, posadził Loris Kariusa na ławce i w ostatnim meczu zagrał zapomniany już nieco Simon Mignolet. Skończyło się to bardzo dobrze dla Liverpool, ale umówmy się, Middlesbrough to nie jest zespół zdolny poważniej zagrozić takiemu rywalowi. Dlatego na razie można zjeść ciastko i mieć ciastko, czyli dokonać zmiany w bramce, a jednocześnie chwalić nominalną jedynkę. Ciekawe jak będzie w następnych meczach, bo nieszczelna defensywa była problemem klubu. Tylko jak znam życie, to szkoleniowiec Liverpoolu wygra i tak tę bitwę medialną, a jednocześnie nie rozwali sobie za bardzo nastroju w zespole. Można powiedzieć, że stosuje to samo, co wcześniej jego konkurenci, tylko chyba robi to z większym wdziękiem. No ale świat się rozwija, więc dlaczego ten piłkarski ma być inny.

Następna kolejka w sobotę. Sunderland – Watford to mecz, który muszą wygrać gospodarze, jeśli nie chcą zostać po złej stronie tabeli. W niedzielę Manchester City – Arsenal. Spotkanie mające pewien warunek niemożliwego, bo obie drużyny nie mogą wygrać tego samego meczu. Jakakolwiek strata punktów może oznaczać, że realne szanse na tytuł będzie miał ktoś inny. No a w poniedziałek wspomniane derby, Everton – Liverpool. Goście, jeśli poważnie myślą o tytule na koniec, powinni wygrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz