_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

20.12.2016

17 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Nietypowo dopiero po meczu poniedziałkowym, ale mam wrażenie, że będzie on miał znaczenie. Mniej wynik, ale wnioski płynące z tego spotkania. Rozumiem, że to były derby, mecz ważny dla fanów, ale w kontekście sezonu nie przegrywa się go, czy nie wygrywa jednym, czy dwoma meczami. Ale już nadanie odpowiedniej narracji, to jest coś innego.


Rozpocznę jednak od walki w dole tabeli, bo tam zmiany mamy praktycznie co kolejkę. Swansea przeżywa prawdziwą huśtawkę formy. Najpierw rozbija Sunderland, potem ulega zespołowi West Brom (wytłumaczalne), teraz zmierzyła się z Middlesbrough. Można było reklamować ten mecz jako starcie hiszpańskich napastników, kto bardziej zasługuje na powołanie do kadry i już wiemy, że ten korespondencyjny pojedynek wygrał Alvaro Negredo. Podobnie jak jego zespół mecz. Co mnie uderzyło z tego spotkania to fakt, że te bramki padły za łatwo, po błędach defensywy i indywidualnych pomyłkach poszczególnych graczy. W notatkach mam zapisane pierwszy gol – za łatwo, pozostawienie za dużo miejsca. Drugi gol to szybko wykonany rzut z autu, co zaskoczyło defensywę zespołu i doprowadziło do rzutu karnego. Trzeci gol podobnie, to znaczy zapisałem go jako easy peasy, no ale tak robię zapiski. Tak więc za dużo miejsca, brak należytego pressingu, wreszcie chyba brak odpowiedniego nastawienia do spotkania. Zespół Swansea był zbyt słaby, zbyt bezwładny, żeby postawić mocniejsze wyzwanie rywalowi. Różnica między zespołami nie jest aż tak duża, żeby skończyło się trzy-bramkową porażką. Tak jak w starciu z Sunderlandem zaskoczyli rywala, tak tutaj to przeciwnik odrobił zadanie i ma chyba pilniejszego szkoleniowca. Oczywiście zespół jeszcze nie spadł, przegrał co prawda kilka bitew, ale nie wojnę. Tylko czy wygrzebie się ze strefy spadkowej, jak kończą się mecze do rozegrania, a dystans zaczyna rosnąć.

Podobne problemy ma wspomniany Sunderland, ale im udało się wygrać. Co prawda są dalej w strefie spadkowej, ale przynajmniej opuścili ostatnie miejsce w tabeli. Tylko że to nie ma większego znaczenia, bo jak jesteś ostatni, to jesteś słaby i dlatego po 38 kolejkach budzisz się w Championship. Gospodarze w tym meczu naprawdę dużo ryzykowali, bo plaga kontuzji (9 graczy, kilku na dłużej, może do końca sezonu) i ogólne zepsucie się nastroju o mało co, a dałoby trzy punkty rywalowi. Tylko że gościom zabrakło jakości, tego błysku w momentach, kiedy trzeba było zdobyć bramkę. Co najgorsze dla nich, tego błysku, czy może raczej wymaganej na boiskach Premier League staranności, zabrakło również pod własną bramką. Rozumiem, że Watford został zaskoczony tym, że obrońca rywala gra dość ofensywnie, ale to brak odrobienia pracy domowej, bo to nie pierwszy raz w tym sezonie. Do tego błąd defensywy, zbyt statycznie, bez większej presji, dlatego padła ta bramka. Tylko że to będzie i tak trudny sezon dla Czarnych Kotów, bo tak jak popękała tabela na szczycie, tak wkrótce zacznie pękać na dole.

Skoro już o szczycie tabeli mówię, to trzeba wspomnieć o spotkaniu, gdzie zagrały dwie drużyny walczące o przepustkę wejścia. Arsenal rozpoczął znakomicie, bo objął prowadzenie po pięciu minutach. Biorąc pod uwagę ostatnie mecze Manchesteru City, porażki z Chelsea i Leicester, osłabienie składu po tej bójce w meczu z londyńczykami, wydawało się, że pozostaje jedynie dowieźć ten wynik do końca, grać z kontry i niech rywal się męczy. Do przerwy tak właśnie było, ale po niej? Piłkarze gospodarzy wyszli z pomysłem, jak sobie poradzić z rywalem. Piłkarze gości za to pokazali, za co ‘kochają’ ich swoi fani i fani rywali. Oprócz standardowego już braku odpowiedzi na grę rywala, wynikającą chyba z mniejszej fizyczności składu (oni są za grzeczni, starają się tylko grać w piłkę, a nie walczyć w meczu o każde źdźbło trawy), tak dodałbym problem z grą w ataku. Trenera, który odpowiada za organizację tego fragmentu gry, wyrzuciłbym z klubu. Dawno temu trzeba dodać. Zespół nie jest skuteczny pod bramką rywala, nie podejmuje dobrych decyzji, stara się podać o raz za dużo, a nie zagrać bardziej bezpośrednio i pozwolić rywalowi na popełnienie błędu. Brakuje mi tego w grze Kanonierów. Jeszcze jak rywal jest słabszy, to pół biedy. Wtedy nawet jak nie wyjdzie jakaś akcja, to będą następne. Ale jak grasz z równymi sobie, nawet z mocniejszymi, to musisz być zabójczo skuteczny. Oczywiście dla rywala, bo jak nie, to jesteś taki dla siebie. Można narzekać na arbitra, dopatrywać się spalonego, czy fauli, ale jakie to ma znaczenie. W piłkę Arsenal może grać pięknie, ale chyba nigdy z tym szkoleniowcem nie ubrudzi sobie rąk walką. To jest powód, dlaczego dobrzy zawodnicy chcą zmienić klub. Im to przeszkadza, a efekty widzimy w tabeli.

Efekt derbowego meczu Everton – Liverpool też widzimy w tabeli, ale mam wrażenie, że tutaj gra toczyła się o coś więcej. Już nie tylko o dominację w mieście, ale o danie sobie szans na dogonienie Chelsea. Wydaje się, że to z góry przegrana bitwa, bo londyńczyków nie będą rozpraszać europejskie puchary, a puchary krajowe mogą zostać złożone na ołtarzu tytułu ligowego. Jedyną drużyną, która mogłaby się pokusić o nawiązanie walki, wydaje się być Liverpool. Ten mecz za bardzo tego może nie potwierdzał, ale dwie drużyny znakomicie neutralizowały swoje mocne strony. Dlatego to spotkanie nie zapisze się w pamięci, ba, może nawet nie trafić na DVD z momentami tego sezonu. Im dłużej trwał mecz, tym wyraźniejsza stawała się przewaga Liverpoolu, tak jakby rywale tracili siły na pressing. W doliczonym czasie gry padł gol dla gości, ale nie miałbym pretensji do arbitra za doliczenie aż ośmiu minut. Kontuzja bramkarza Evertonu kosztowała kilka minut przerwy, a jego następca? No cóż, mógł zachować się lepiej. To jest ta delikatna różnica między zawodnikami. Ci lepsi są ekonomiczniejsi w tym, co robią na murawie. Dlatego rzadziej brakuje im yarda tu i ówdzie. Obrońcy też można powiedzieć zaspali, ale to już było zmęczenie, a Sadio Mane był po prostu szybszy. Dlatego mecz nie był piękny, ale trzy punkty są i jest nadzieja na dogonienie lidera. Wątła, za plecami czai się Manchester City, ale powiedziałbym, że na dzień dzisiejszy to Liverpool ma największe szanse na dogonienie Chelsea. Tylko że to jest tylko szansa.

Następna kolejka w drugi dzień świąt. Manchester United – Sunderland, z uwagi na to, kto siedzi na ławce. Szkoda, że w tym samym czasie jest również Swansea – West Ham. Cztery dni i będzie następna kolejka, więc teraz wiele zależy od tego, jak piłkarze zachowali siły do gry. No i z okazji nadchodzącego okresu świątecznego życzyłbym wszystkim czytelnikom szczęśliwych Świąt spędzonych w spokojnej atmosferze, a w nadchodzącym roku spełnienie minimum jednego marzenia, niekoniecznie sportowego, które się ma :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz