_

06.02.2017

24 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Po czym poznać, że zbliża się koniec sezonu? Z jednej strony maleje liczna meczów o coś, ale te które są, mają o wiele większe znaczenie w ukształtowaniu tabeli na koniec. Pierwszym takim spotkaniem w tej kolejce był pojedynek Chelsea – Arsenal, chociaż nie lubię czytać, że to spotkanie decydujące o tytule.


Powiedzmy to sobie szczerze, Arsenal nie miał szans na zdobycie mistrzostwa, niezależnie od tego, jakim wynikiem skończyłby się ten mecz. Pierwszym znakiem były dwa październikowe remisy z zespołami, które też rywalizują o czołowe miejsca. Drugim dwie porażki w grudniu, które otworzyły dystans 9 punktów do lidera. Trzecim są te dwie porażki styczniowe, bo Arsenal traci już 12 punków. To za dużo, żeby odrobić stratę. Co prawda ostatni Super Bowl pokazał, że wiele rzeczy jest możliwych, ale bez przesady. W tym meczu zabrakło mi odpowiedniej reakcji zespołu gości. Po porażce z Watfordem spodziewałem się po prostu, że Kanonierzy pokażą, że pozostali jeszcze w grze. Zamiast tego zobaczyłem zespół, który owszem, potrafi grać pięknie w piłkę, ale nie potrafi wygrywać. Mogę zrozumieć narzekania po meczu i doszukiwania się faulu przy pierwszej bramce (dla mnie to była normalna walka o piłkę, nic więcej), ale jeśli twój zespół łamie się po pierwszym golu dla rywala, to jest to problem dla szkoleniowca. Druga bramka moment magii zawodnika Chelsea, ale nie mógł ktoś go sfaulować? W końcu Eden Hazard zaczął rajd jeszcze na swojej połowie boiska, co daje dużo miejsca i czasu na przerwanie akcji, nawet faulem. Ktoś bierze na siebie żółtą kartkę i tyle. Nie komplikujmy nadmiernie prostej rzeczy, jaką jest piłka nożna. No a trzeci gol, zabijający jakiekolwiek nadzieje na powrót, to błąd bramkarza. Nawet nie można tego zrozumieć, bo wcześniej ci zawodnicy i tak stali po przeciwnych stronach boiska. Miała być dobra zmiana w bramce, a wyszło tak nijako. To wcale nie był dobry mecz w wykonaniu Kanonierów, bo udało się jedynie powstrzymać Diego Costę. Trafił jedynie w poprzeczkę, ale jego gole zdobyli jego koledzy z drużyny. Na miejscu kibica Arsenalu byłbym rozczarowany, bo zespół przestał się rozwijać. To już nawet czwarte miejsce będzie trudno wywalczyć.

O rozczarowaniu mogą też myśleć fani innego londyńskiego zespołu, bo Crystal Palace przegrywa kolejny mecz i coraz mocniej grzęźnie w strefie spadkowej. Co prawda przybyły dwie drużyny, dystans to dwa punkty, ale jak się traci cztery gole w meczu z bezpośrednim rywalem, to za dobrze nie jest. Podejrzewam, że było za łatwo. Szkoleniowiec gospodarzy prowadził Sunderland niedawno i uratował ich, mógł więc liczyć na znajomość taktyki rywala. Może dlatego nie do końca ten mecz został potraktowany poważnie. Stąd te tańce z maskotką klubu przed meczem, stąd brak odpowiedzi na plan rywala. Oni przyjechali z nożem na gardle, wiadomo było, że rzucą wszystko do walki. Sam Allardyce tego nie udźwignął. Pierwszy gol miał znaczenia, bo zespół tak odarty z pewności siebie nie może tracić tak łatwo i tak szybko bramek. Przy pierwszej zabrakło mi po prostu zdecydowania, bo piłkarze gospodarzy po prostu stanęli i pozwolili, żeby rywal grał dalej. Następne gole to już szybkie kontry, bo próby nawiązania walki były, ale jak schodzisz do szatni z wynikiem 0-4, to co można wymyślić. Miała się nie powtarzać Swansea, ale wtedy zespół był na świeżo po przejęciu władzy przez obecnego szkoleniowca. Teraz tak nie jest, ale jedna wygrana na kilka spotkań to za mało. To już nawet fani mają pretensje do piłkarzy, więc za komfortowo nie jest. Drużyna jak powietrza potrzebuje wygranych, póki jest jeszcze szansa na wyrwanie się ze strefy spadkowej. Tylko że to okienko nie będzie otwarte do końca sezonu.

Tak samo do końca sezonu nie będzie otwartego okienka, żeby załapać się na miejsce w pierwszej czwórce i Manchester United wykorzystał słabszą kolejkę Arsenalu i Liverpoolu. Osobiście spodziewałbym się czegoś innego od Leicester, bo taka porażka im nie pomoże. Przypomina mi się Newcastle z tamtego sezonu, kiedy też wiele osób twierdziło, że są za silni na spadek. No a teraz są w Championship i jak Leicester będzie tak dalej grać w defensywie, to wkrótce też tam wyląduje. Goście nie pokazali czegoś wielkiego w tym spotkaniu. Cierpliwie czekali na swoją okazję i się doczekali, gdy Henrikh Mkhitaryan dostał podanie od obrony i urwał się defensywie rywala. Potem drugi gol, po zmianie stron trzeci i koniec emocji. Skoro nic wielkiego nie było potrzebne, by pokonać wciąż urzędującego mistrza Anglii, to można sobie zadać pytanie co jest nie tak. Sezon temu po meczu Leicester – Chelsea zwolniony został Jose Mourinho. Dzisiaj to delikatnie grozi jego rywalowi. To pokazuje, jak wiele rzeczy zmienia się w futbolu w przeciągu sezonu. Co prawda walka o pierwszą czwórkę będzie dalej zacięta, ale na razie to zespoły z Manchesteru zrobiły krok do przodu. Chelsea się nie potknęła, Tottenham się nie potknął, choć był blisko (Marten de Roon jednak jakoś spudłował w końcówce), więc to może zwiastować nowy układ w pierwszej czwórce. Problem jest jedynie z Liverpoolem, bo drużyna ma kryzys. Jednak jak ten starszy brat Ramzesa sobie pójdzie, to zespół będzie musiał zabrać miejsce komuś z Manchesteru. Na razie to drużyna United wydaje się mieć pewną lukę w ataku, ale wiele spotkań przed nami. Sąsiad z miasta wygrywa, nawet gdy na ławce siedzi Sergio Aguero.

Następna kolejka w sobotę. Arsenal – Hull City, bo który to już raz piszę o reakcji na wydarzenia na boisku. Potem Sunderland – Southampton, a w niedzielę kolejny sześciopak. Swansea – Leicester, ale o pozostanie w lidze.

1 komentarz:

  1. Po Boxing Day, kiedy to maja miejsce największe przetasowania liga nieco uspokaja się... Zresztą w PL część drużyn myśli już o europejskich pucharach i to im podporządkowane są działania w tej części sezonu...

    OdpowiedzUsuń