_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

06.02.2018

26 Gameweek Premier League (2017/2018)


Podsumowanie kolejki, z małym opóźnieniem, ale Super Bowl LII wybił mnie trochę z rytmu. Na boiskach Premier League za to nic się nie zmienia. Manchester City zmierza pewnie po tytuł, prace nad wprowadzenie przerwy zimowej trwają, a pół ligi tak właściwie, walczy o pozostanie w niej. Dlatego rozpocznę od spotkania potencjalnych spadkowiczów. 


Mecz West Brom – Southampton nie rozczarował i cieszę się, że wybrałem go jako taki wyróżnik kolejki. Oczywiście przed spotkaniem wydawało się, że skończy się to bezbramkowym remisem. Może skromną wygraną gospodarzy, bo przed meczem uhonorowano Cyrille Regisa, zawodnika, który zaczynał w klubie karierę. Można było przypuszczać, że pogrzeb, który był niedawno, natchnie jakoś zawodników. Początek meczu wydawał się to potwierdzać, bo jak pada pierwszy gol po czterech minutach, to wszystkie klisze o szybko objętym prowadzeniu się uaktywniają. Tylko zespół gospodarzy nie mógł tego prowadzenia utrzymać. Gol wyrównujący tylko potwierdzał wydarzenia na boisku, a potem już posypała się defensywa. Wydawać by się mogło, że skoro walczymy o pozostanie w lidze, to defensywna część gry została jakoś odrobiona. Jak widać nie. Goście nie byli przesadnie mocniejsi, ale lepiej rozegrali te fragmenty, które były dla nich ważne. Dla nich ta sytuacja, w której byli, długaśna seria spotkań bez wygranej (ostatni raz wygrali pod koniec listopada, a od tego czasu były dwa upakowane meczami miesiące), też musiała wiązać nogi i głowy. Tylko że była też chęć wygrania jakiegoś meczu, na przełamanie się. To samo musi teraz zrobić West Brom, bo tabela zaczyna odjeżdżać. Dwie wygrane na początek sezonu, a potem tylko jedno zwycięstwo. Nawet mimo tych wzmocnień w okienku, będzie trudno. Obawiam się, że czas na pozbieranie się w tym sezonie minął, lub mija w tym właśnie okresie. Dlatego mogliśmy już poznać pierwszego spadkowicza. Odrobinę na własne życzenie, bo nie podjęto dobrych decyzji. 

No właśnie, dobre decyzje. Po spotkaniu Liverpool – Tottenham wiele mówi się o tym, czy decyzje podjęte przez arbitra, a raczej zespół arbitrów, były poprawne i nie wypaczyły jakoś wyniku meczu. Przed meczem i patrząc na historię spotkań, wydawało się, że zwycięzca może być tylko jeden. No i początek meczu wydawał się to potwierdzać. Błąd defensywy, ale nie tej. Złe podanie w tył, przejął je Mohamed Salah i zamienił na bramkę. Potem gospodarze zaczęli grać defensywnie, goście mieli przewagę w posiadaniu, ale to tak zmierzało do końca. Były co prawda okazje, marnowane przez zawodników obu zespołów, ale wydawało się, że nic nie zmieni tego, kto wygra. No ale mecz Liverpoolu bez błędów w defensywie tej formacji? Smakowałoby to jakoś inaczej. Niepełnie można powiedzieć. Błędy w kryciu marnował co prawda Harry Kane, któremu ciążyło te sto goli dla klubu w lidze na plecach, ale jak źle interweniował bramkarz, a obrona się zdrzemnęła, to fantastyczne uderzenie Victora Wanyamy dało remis. W końcówce nic się nie zmieniło można powiedzieć, ale tu weszły do gry te decyzje arbitrów. Pierwszy karny dla gości? Moim zdaniem nie powinno go być, bo Kane był na spalonym. Czy był faulowany, czy nie, ma mniejsze znaczenie, bo spalony był wcześniej. Oczywiście można twierdzić, że piłkę zagrał Dejan Lovren, ale próbował ją wybić, nie trafił, piłka się o niego jedynie otarła. Nie lubię nastrzelonych rzutów karnych, nie lubię też sytuacji, że niby wszystko jest w porządku, ale jednak nie jest. Jeszcze gdyby próbował, nie trafił, zmienił znacząco tor lotu piłki. Wtedy mógłbym się zgodzić. W tej sytuacji dla mnie to był spalony. Nie ma znaczenia, że Kane później nie trafił, bo to nie wymazuje tej sytuacji. Potem błysnął Salah, odbierając nagrodę za gola meczu można powiedzieć, bo koncertowo rozstawił całą defensywę Spurs po kątach. Tylko potem moment w defensywie Liverpoolu, na jaki można powiedzieć czekało się od pierwszego gwizdka. Po co tak bezsensownie faulować, mając prawie wygrany mecz. Nie sądzę, że Erik Lamela zrobiłby coś wielkiego, nawet jakby miał futbolówkę kilka metrów od bramki rywala. Dlatego można było rozegrać to inaczej na miejscu defensywy The Reds. No ale nie pierwszy raz pobłądziła ona w momencie próby. Koniec końców remis, a o tym, ile on znaczy, świadczy reakcja szkoleniowca zespołu gości. Ten mecz źle się rozpoczął dla jego drużyny, najlepszy napastnik nie miał swojego dnia, rywal szybko mógł zacząć grać defensywnie, czyhając na dobicie rywala, ale na końcu podział punktów. Momenty czystego piłkarskiego geniuszu były, a to najważniejsze. No i też mocny głos w dyskusji, czy wprowadzenie VAR jest potrzebne. Jest, mimo że w tym spotkaniu brak VAR nie wypaczył wyniku. Jest masa innych spotkań, gdzie brak możliwości weryfikacji decyzji niestety wypacza to, jaki jest rezultat na końcu. 

Następna kolejka w sobotę. Derby Londynu, może nie o prymat w mieście, ale o pozycję w tabeli. No a w niedzielę Huddersfield – Bournemouth. Ci pierwsi zaczynają tonąć, ci drudzy chyba sobie zapewnili pozostanie w lidze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz