_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2018/2019

Nie będę ukrywał, że chciałem zacząć inaczej, słowami ‘czeka nas kolejny sezon w lidze Mistrzów Świata’. No dobrze, reprezentacja tak wy...

24.09.2018

6 Gameweek Premier League (2018/2019)


Odrobinę szkoda, że te ważne dla mnie mecze były w jednym czasie, ale taki jest właśnie sezon. Bardzo często to co dla mnie jest meczem ważnym, niekoniecznie tak samo traktuje liga. Małe zmartwienie, szkoda tylko tych emocji. 


Szkoda też punktów, bo taka myśl mogła pojawić się u dwójki szkoleniowców w spotkaniu Leicester – Huddersfield. Gospodarze mieli dobry sierpień, ale wrzesień jest mocno nieprzekonujący. Nie chcę powiedzieć, że robił się z tego spotkania sześciopak, ale już mecz mogący zdecydować, w którym kierunku podąży drużyna, bardziej. Dla gości z kolei ten mecz mógł pokazać, co jeszcze trzeba zrobić. W poprzednim sezonie zespół po sześciu meczach miał siedem punktów więcej, a biorąc pod uwagę fakt, że dystans nad strefą spadkową wyniósł cztery punkty na koniec, to można być zaniepokojonym. Sam mecz z Leicester zaczął się dla gości jak marzenie. Szybko zdobyta bramka, przy pewnej odrobinie statyczności w grze obronnej gospodarzy. Tylko potem gości zgubiła nadmierna pewność siebie. Mogli zagrać inaczej, bo Leicester ma szybkich graczy, którzy mogą boleśnie skarcić większość rywali, jak da im się taką możliwość. Goście dali i pozwolili sobie wbić bramkę po szybkiej kontrze. Potem już ich gra w defensywie wyglądała lepiej, ale nadszedł ten rzut wolny zamieniony na gola i nie było czego bronić. Gol ustalający wynik spotkania to już niewiele znaczył. Czy goście mogli, przy swojej dość mizernej grze ofensywnej, zrobić coś innego, żeby wygrać? Proste, nie pozwolić strzelić sobie bramki wyrównującej, czy kolejnych. Skoro tego nie udało się zrobić, to czekają teraz mecze o coś. Odrobinę na własne życzenie, ale bardziej z uwagi na to, co zrobili inni rywale. Utrzymanie się w lidze będzie trudne. 

To nie zagraża za bardzo beniaminkowi z Wolverhampton, ale można zadać sobie pytanie, czy gospodarz z Manchesteru potraktował ich z należytym szacunkiem. Wiem, że na trybunach był Sir Alex Ferguson, który pojawił się po operacji, jaką miał w maju. Tak zakładam, że z nim na ławce zespół zagrałby lepiej, a określenie kac po Lidze Mistrzów, bo tak można odczytać słowa obecnego szkoleniowca, nie miałyby miejsca. Wbrew pozorom to był trudny mecz dla Manchesteru, bo rywal nie miał tego uczucia porażki, a wcześniej zespoły przyjeżdżające na Old Trafford zaczynały od wyniki 0-1 w psychice. Początkowo wszystko wyglądało tak, jak w scenariuszu. Goście sobie pohasali, ale nie zdobyli bramki. Tradycyjnie David de Gea miał w tym udział, ale po ładnej akcji i bramce Freda wydawało się, że kolejne bramki dla United padną w podobny sposób. Tylko na ile o wyniku zdecydowały możliwości składów, a na ile znajomość metod pracy jednego szkoleniowca, przez drugiego. Nuno Espírito Santo był rezerwowym golkiperem w Porto, kiedy José Mourinho zaczął zdobywać europejskie szczyty piłki klubowej. Można powiedzieć, że teraz ktoś walczy już ze swoimi dziećmi. Szkoleniowcami, których ukształtowało w jakimś stopniu spotkanie z nim. Można narzekać na swoich piłkarzy, ale jednocześnie rywal zagrał umiejętnie taktycznie, pozbawiając gospodarzy wielu atutów. Do tego miał przebłyski jakości w ofensywie, dzięki czemu zdobył bramkę wyrównującą i mógł kolejne. Tylko to pokazuje, że twój atak może pokazać tyle, na ile pozwoli defensywa rywala. Grając z Manchesterem United każdy rywal stoi przed podobnym wyzwaniem. Z jednej strony jak powstrzymać napastników, cały potencjał ofensywny, a z drugiej jak samemu strzelić gola. W tym meczu udało się gościom zremisować, co jest cennym punktem, ale z hurraoptymizmem był poczekał do lutego. Jak wtedy zespół gości będzie w górnej połówce tabeli, to będzie można ogłosić sukces. Na razie dobrze się to zapowiada i nic więcej. 

Dobrze się też zapowiadał mecz Arsenal – Everton, ale na zapowiedziach się skończyło. Ten mecz miał potwierdzić, że goście już są częścią tej czołówki ligi, a zamiast tego kolejne pytania. Tylko to nie o napastnika chodzi (rozumiem, tęsknota za Romelu Lukaku), a o opracowanie nowego planu, jak ci zawodnicy mają ze sobą grać skuteczniej. Tam jest masa zawodników ofensywnych, grożących zrobieniem czegoś z niczego, ale brakuje tego ostatniego szlifu. No a ponieważ piłka nożna polega na zdobywaniu bramek, to wynik tak wygląda. Nawet to, że graczem meczu został Petr Cech potwierdza teorię, że do pola karnego rywala Everton wygląda ok. Problem pojawia się dalej. Można co prawda zwalać winę na arbitra, bo uznał gola na 2-0 (był spalony, VAR gola by wymazał), ale to nie może wytłumaczyć nieskuteczności pod bramką rywala. Do tej bramki losy meczu powinny być rozstrzygnięte przez zespół gości, a skoro tak się nie stało, to Everton musi spojrzeć na siebie. Szkoleniowiec musiałby się pospieszyć jednak, bo nie wdaje się takich pieniędzy na siedzenie w środku tabeli. Jak nie on, to ktoś inny będzie rozwiązywał ten problem. Sierpień był przeciętny, ale wrzesień jest zły w kontekście zdobyczy punktowej. Następne mecze też nie wyglądają za dobrze, więc może rodzić się pytanie, czy na pewno goniliśmy właściwego szkoleniowca. 

Następna kolejka w sobotę. Chelsea – Liverpool, pierwsze starcie na Olimpie można żartować. Do tego inne ciekawie zapowiadające się mecze, dobrze że nie wchodzące na siebie czasem rozegrania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz