_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2018/2019

Nie będę ukrywał, że chciałem zacząć inaczej, słowami ‘czeka nas kolejny sezon w lidze Mistrzów Świata’. No dobrze, reprezentacja tak wy...

30.10.2018

10 Gameweek Premier League (2018/2019)


To miała być kolejna kolejka w angielskiej lidze. Kolejka mająca swoje blaski i cienie, swoich bohaterów i przegranych, ale wszystko się zmieniło po zakończeniu ostatniego spotkania w sobotę.


W katastrofie helikoptera, który wystartował z płyty stadionu LCFC, zginął Vichai Srivaddhanaprabha (polubiłem to zdjęcie klik). Właściciel Leicester City, który jak większość milionerów rozrzucał pieniądze. Chociaż ładniej to się nazywa filantropia. W 2010 kupił klub, wyzerował jego zadłużenie, budował dobre relacje z kibicami. Odkupił stadion i związał go z klubem. Właśnie otrzymał pozwolenie na wybudowanie kompleksu treningowego, który może tylko pomóc klubowi. Rzadko udzielał wywiadów, po prostu działał w tle. Przelewając pieniądze na szpitale w Leicester na przykład. Fundując 60 karnetów na 60 urodziny. Żeby kibice mieli lepsze przeżycia oglądając mecz, płacił za posiłki, szaliki, wyjazdy na mecze, flagi, czy po prostu za piwo. Nie zachowywał się jak statystyczny prezes, który poza tabelkami i zyskiem, nie widzi niczego innego. Można powiedzieć, że dostrzegał emocje, patrząc na klub piłkarski. Ostatni mecz, który oglądał, zakończył się remisem. Jego klub nie powalczyłby o tytuł w tym sezonie, ale środek tabeli, może przygoda pucharowa, były możliwe. Tylko był wypadek. Przyczyny? Nie mają teraz żadnego znaczenia, bo nie zmienią one przeszłości. Trudno teraz powiedzieć, jak zareagują piłkarze. Dlatego nie chcę zgadywać, bo tak właściwie prawie wszystko jest możliwe. Śmierć osoby, która pokazała, że marzenia się spełniają, może mieć daleko idące konsekwencje. Szkoda, że piłka nożna straciła takiego prezesa. Człowieka, który roztaczał aurę pewnej dobroci wokół siebie. Czas pokaże, czy znajdą się godni następcy.

Właśnie co do kwestii następców, to poniedziałkowe spotkania, które opóźniło mi podsumowanie, pokazało, że ich brakuje w Tottenhamie. Coś, co pchało zespół w poprzednich sezonach do przodu, wypaliło się. Nie ma większego znaczenia, czy to kwestia stadionu, czy finansów, wreszcie czy możliwych nieporozumień w szatni. W grze zespołu nie widziałem niczego, co potwierdzałoby ambicje do walki o pierwszą czwórkę. Sam mecz wyglądał dość surrealistycznie, bo wcześniej zostało tam rozegrane spotkanie NFL, zostały dość widoczne linie, logo, przeorana murawa w pewnych miejscach, ale to nie miało większego znaczenia. To nie żużel, gdzie można przygotować odpowiednie ścieżki i miejsca, gdzie nie pojedziesz. W pierwszej połowie Manchester City powinien strzelić 2-3 bramki i już nie przejmować się możliwym powrotem rywala. Po zmianie stron gra się wyrównała, ale to było wciąż dalekie od bramki dla gospodarzy. Dopiero w końcówce udało się rozegrać akcję, wyprowadzić na dobrą pozycję zawodnika, ale Erik Lamela spudłował. Mnie zespół Spurs nie przekonał, jednocześnie ostudził ten zapowiadający się na gorący mecz. Owszem, było kilka przepychanek, utarczek słownych, czy przepychanek o piłkę, ale arbiter bardzo umiejętnie nad tym panował. City z kolei nie wyglądało na zespół, który traci kontrolę nad grą. Podsumowując, wiedziałem że będzie różnica, ale nie że aż tak wyraźna.

Co do różnic, w niedzielnym meczu między Manchesterem United, a Evertonem, można było zespół gości uważać za faworyta. Tylko co robi, albo powinien robić faworyt? Wykorzystuje stwarzane sobie okazje. Tego małego element zabrakło drużynie gości. Zespół gospodarzy był do pokonania. Wystarczyło tylko swoje dobre szanse zamienić na bramki. Liczenia na lepszego arbitra? Obawiam się, że to była robota dla VAR. Nie uważam, że był faul, po którym podyktowany został rzut karny dla gospodarzy. Tylko to było trudne do oceny. Oczywiście to nie oznacza, że United nie prowadziliby 1-0 do przerwy, tylko mogło to być trudniejsze do osiągnięcia. Anthony Martial i jego gol? Można było się spodziewać, że któryś z zawodników gospodarzy błyśnie i padło na niego. Tylko wracając, ten karny. On lekko ustawił, jak wyglądała gra. Przy drugim też można się doszukać błędu arbitra. O ile przy faulu nie ma większych dyskusji, tak powinna być kartka. Oznaczająca, że przez ostatni kwadrans gospodarze graliby w 10. Całkiem możliwe, że byłoby widać brak jednego zawodnika. Tylko to nie ma znaczenia. Pokazuje to jedynie, że bez video weryfikacji na żywo, mogą zdarzać się pomyłki wpływające na wynik. Manchester United ma swoje problemy, a dystans dziewięciu punktów do duetu na szczycie wydaje się jednym z mniejszych. Konflikt charakterów między zawodnikiem, a szkoleniowcem, nie przyniesie niczego dobrego. Co z tego, że wyniki finansowe są dobre, jak nie o to chodzi w piłce nożnej. Trudno zbudować coś trwałego, jak generuje się zysk dla samego większego zysku. Chciałem napisać, że to dobre zachowania tylko dla spółek giełdowych, a zespół United taką właśnie jest. Po cichu, bez większego zamieszania, piłka nożna zeszła na drugi plan. Ciekawe tylko, kto pierwszy rzuci biały ręcznik. Szkoleniowiec, czy prezes. Czyli czy ten pierwszy sam odejdzie, czy zostanie zwolniony.

Następna kolejka w sobotę. Mam wrażenie, że będę pisał ciągle o tych samych zespołach, ale Bournemouth – Manchester United. Arsenal – Liverpool, niby mecz kolejki, ale inne spotkania zapowiadają się moim zdaniem ciekawiej. Na koniec soboty Wolves – Tottenham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz