_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

27.12.2013

18 Gameweek Premier League


Mam wrażenie, może mylne, że piłkarze niektórych klubów zostali przy stole świątecznym. Już to kiedyś pisałem, ale to bardzo zły moment na początek kryzysu. W sobotę i niedzielę następna kolejka, potem w Nowy Rok, a tabela na nikogo nie zaczeka.


Rozpocznę od największej niespodzianki tej serii spotkań, bo chyba nikt nie zakładał takiego wyniku meczu Everton – Sunderland. W tym sezonie goście wygrali tylko dwa mecze, a gospodarze regularnie kradli nagłówki gazet swoją dobrą grą. Wystarczyła jednak pomyłka i dobra gra bramkarza rywali, żeby gospodarze przegrali mecz. Taka defensywa, grająca nieco niezdarnie i popełniająca błędy, przypomniała mi czasy Wigan w Premier League. Oni też w swoim ostatnim sezonie tak grali. Tylko że najpoważniejszy zarzut do Evertonu dotyczy zera z przodu. Silne zespoły, chcące bić się o czołówkę tabeli, muszą strzelać bramki. Dobra defensywa pomoże w utrzymaniu się, jednak do odnoszenia sukcesów potrzebny jest atak strzelający o jedną bramkę więcej od rywala. Tutaj tego zabrakło. Za dwa mecze może się okazać, że sytuacja wróci do normy, czyli znów Manchester United będzie nad Evertonem w tabeli, ale najważniejsze w tym jest to, że robi się dystans do miejsc 1-4. Obawiałbym się, że ta walka im się nie uda.

Podobnie jak walka klubu West Ham o pozostanie w lidze. Wiele drużyn w tym sezonie stara się zlecieć z ligi, no a Młoty sprawiają wrażenie zespołu kompletnie zagubionego w tabeli. Można powiedzieć kontuzje, ale to się zdarza. Zresztą nie wiem na ile odpowiada za nie reżim treningowy, sposób spędzania wolnego czasu, a na ile wypadki losowe podczas meczów. Mecz z Arsenalem był trudnym wyzwaniem, nawet bez tych kontuzji, ale mam wrażenie, że rok temu zespół ugrałby trzy punkty. Zwłaszcza po objęciu prowadzenia, bo w pierwszej połowie Kanonierzy raczej nie oczarowali nikogo, a seria trzech spotkań z jednym punktem była po prostu skutkiem tego, jak się prezentował zespół. West Ham w tym momencie jest przedostatni, a to nikomu nie pomoże. Klub chyba doszedł do ściany i albo się przez nią przebije, albo pod nią upadnie.

No właśnie, upadek. Cardiff City jest chyba w takiej samej sytuacji, ale na życzenie właściciela. Nie uwierzę, że zamieszanie wywołane słowami prezesa nie pozostawiło śladu w głowach graczy. Klub piłkarski jest żywym organizmem, nie da się stosować rozwiązań z prowadzenia jakiegoś przedsiębiorstwa i liczyć na podobne rezultaty. W końcu nie da się zmierzyć tego, co produkują piłkarze. Można patrzeć na punkty, ale to tylko wycinek. Goście przyjechali w głębokim kryzysie, poprzedni raz wygrali na początku listopada, a Liga Mistrzów odjechała już daleko. Jednak gospodarze za łatwo dali sobie wbić bramki, wreszcie nie stworzyli poważniejszego zagrożenia pod bramką przeciwnika. Nawet nie ma choćby jednego celnego strzału w statystykach. To nie wróży dobrze klubowi i można się martwić.

No i mecz kolejki, czyli starcie Manchester City – Liverpool. Spośród wszystkich zespołów zwiedzających Etihad w lidze w tym sezonie, to Liverpool zawiesił poprzeczkę najwyżej. Zdecydowała różnica w bramce, bo wracający z dalekiej podróży Joe Hart zagrał bardzo dobrze i zanotował kilka kluczowych interwencji, a Simon Mignolet nie pomógł swojej drużynie. Oczekiwałbym po prostu innego zachowania bramkarza w tej sytuacji, bo mam wrażenie, że Mignolet nie do końca wiedział, co chce zrobić. Wychodząc do piłki miał chyba dwie myśli w głowie: łapać i piąstkować, no i stąd się wziął jego błąd: ani nie złapał, ani nie wypiąstkował. Koniec końców okazało się to decydujące, bo oba zespoły znakomicie się neutralizowały na boisku. Szkoda jedynie, że arbiter liniowy miał słabszy mecz, bo tam nie było spalonego przy bramce, którą zdobył Raheem Sterling. W ten sposób gracz Liverpoolu zostanie zapamiętany jako ten, który nie trafił w doskonałej sytuacji w drugiej połowie meczu. Rzuty karne? Osobiście bym ich nie dyktował, bo skończyłoby się hokejowym wynikiem, tak często przeszkadzali sobie piłkarze obu stron. Wolę też wierzyć w pomyłki arbitrów, a nie celowe działanie, bo pamiętam mecz z Arsenalem. Mimo wszystko fakt jest taki, że oba te zespoły będą najprawdopodobniej walczyć o tytuł do końca sezonu. Pytaniem jest tylko to, czy Manchester City uporał się już z grą na wyjazdach. Nie jest przypadkiem, że różnica bramkowa u siebie to plus 31 bramek, a na wyjazdach plus jeden, a w tym sezonie będą jeszcze rozgrywać zapowiadające się na bardzo trudne mecze.

Następna kolejka w sobotę, czyli jutro. Pierwszy mecz o sześć punktów to starcie West Ham – West Brom. Drugie to Cardiff – Sunderland. Pomiędzy nimi Hull City – Fulham. W niedzielę Everton – Southampton, w tym samym czasie Newcastle – Arsenal i starcie kolejki Chelsea – Liverpool.

Plusy i minusy FPL

Plusy: w końcu bramkarz, do tego Eden Hazard i Loic Remy.

Minusy: kapitan i ogólna mizeria na pozostałych pozycjach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz