_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

09.02.2015

24 Gameweek Premier League


Żeby było śmieszniej, następna kolejka będzie jutro. Tylko że dalej nie można mówić, że to moment przełomowy dla losów tabeli. Różnice są tak minimalne, że nawet szpilki nie da się wepchnąć, a to tylko napędza emocje. Tak jak w derbach Londynu.


Najkrócej można powiedzieć, że Arsenal przegrał ten mecz w pomocy. Za bardzo cofnął się zespół, długimi fragmentami broniąc się zaledwie 30-40 metrów przed własną bramką. Zdziwił mnie brak planu B, bo wiadomo było, że skoro Santi Cazorla ostatnio grał świetnie, więc to nie była niespodzianka, że rywal będzie miał na niego odpowiedni plan. Może jednak plan B był, tylko że intensywność gry Spurs sprawiła, że Kanonierzy nie byli w stanie go zrealizować. Jak do tego dodamy błędy w defensywie, to przepis na porażkę gotowy. Przede wszystkim nie wiem, jak można było zostawić Harry’ego Kane’a samego we własnym polu karnym przy rzucie rożnym. Przecież to proszenie się o kłopoty. Drugi gol to moment magii angielskiego napastnika, podejrzewam, że w takiej formie trafiłby na każdym stadionie. Tylko że to wszystko mogło i tak nic nie dać, jakby sędzia odgwizdał rzut karny za pociągnięcie zawodnika Arsenalu w polu karnym Spurs. Tylko gospodarzom wszystko się udawało. Pytanie tylko jak długo uda im się utrzymać dobrą formę. Walka o Ligę Mistrzów w tym sezonie jest bardzo zacięta, a trzeci zespół w tabeli dzielą od szóstego zaledwie trzy punkty. Tak więc na razie nie ma co zgadywać, kto utrzyma się na tych pozycjach, bo jak znam życie zmieni się to kilka razy. Całkiem możliwe, że ktoś wskoczy do czwórki dopiero po 37 kolejce. Na pewno Tottenham ma najgorszy bilans bramkowy z zespołów na górze, a to może mieć znaczenie.

Southampton, który dość niespodziewanie też walczy o miejsca 3-4, ma o wiele lepszy bilans bramkowy, ale mecz z QPR był takim spotkaniem na przełamanie się dla kogoś. Gospodarze mają swoje problemy, ale odejście Harry’ego Redknappa mogło natchnąć piłkarzy do lepszej gry. Przez cały mecz wydawało się, że to będzie kolejna Swansea w życiorysie gości, bo to spotkanie musieli wygrać. Brakowało trochę argumentów i chyba jak już wszyscy widzieli remis, to do siatki trafił Sadio Mane. Całkiem możliwe, że to już zmęczenie wzięło górę. Tylko że ten wynik niczego nie przesądza, jeszcze. Różnice między zespołami w obu miejscach tabeli są tak małe, że wszystko da się odrobić. W końcu mamy luty.

No i te lutowe derby Liverpoolu były takie letnie, oględnie mówiąc. Gospodarze mogą się jedynie cieszyć, że znów na zero z tyłu, bo z tym były duże kłopoty. Cała reszta mocno rozczarowująca. Pomyśleć, że dzień zaczął się od derbów w Londynie, a zakończył na drugich derbach, które doskonale potrafiły uśpić. Mam wrażenie, że gospodarze buksują w miejscu, a menedżerowi kończą się pomysły jak wyjść z kryzysu. Spadek bezpośrednio nie zagraża, ale jedna wygrana na miesiąc to za mało. Trzy miesiące tak minęły, pora więc się obudzić. Liverpool z kolei się pomału dociera. To jeszcze nie jest taki zespół, jak sezon temu, ale widać, że najgorszy kryzys już raczej za nimi. Na awans do LM są małe szanse, ale to tylko trzy punkty i niemal cała czołówka czeka w najbliższych meczach. Może więc być ciekawie.

Na pewno za ciekawie nie jest w Burnley, bo zespół znów stracił pewne punkty. W połowie stycznia przebieg meczu z Crystal Palace był niemal bliźniaczo podobny. Szybko zdobyte dwubramkowe prowadzenie, z którego nic, albo niewiele zostało. Przede wszystkim defensywa do naprawy, bo cały ten potencjał ofensywny jest zaprzepaszczony przez dziury we własnej obronie. Dwie bramki, obie po stałym fragmencie gry. Za łatwo rywale przepychają defensorów Burnley przy tego typu akcjach. Mam coraz większe wrażenie, że poszukiwanie trzech słabszych od siebie zakończy się fiaskiem i zespół sam wyląduje w tej grupie. 40 straconych bramek to drugi wynik, niestety od końca. Pozostaje wiara, ale ona nie da punktów sama z siebie. Zawsze potrzebne są czyny, czyli punkty.

Właśnie, punkty a nie próba uduszenia piłkarza przeciwnika. Mówię w tym momencie o Nigelu Pearsonie, menedżerze Leicester. Starcie na boisku w 100% przypadkowe, po którym James McArthur wpadł na menedżera gości. Rzadkie, ale się zdarza, zwłaszcza jak menedżer stoi blisko boiska. Dalsza reakcja już jest mniej zrozumiała. Wyglądało tak, jakby menedżer próbował udusić zawodnika, ten się szybko poderwał i chciał wrócić do gry. Co zrobił menedżer? Trzymał go za koszulkę. W jakiś komentarz zawodnika do menedżera bym nie wierzył za bardzo, no może prośba o puszczenie go w kilku nieparlamentarnych słowach. W końcu była końcówka meczu, wynik jeszcze na styku, więc zawodnik chciał wrócić i pomóc kolegom. Dlatego trudno zrozumieć zachowanie menedżera. Tak się nie robi, w końcu to nie jest podwórko, na którym w taki sposób można sobie coś wyjaśnić. Leicester jest w trudnej sytuacji, a to nie pomoże klubowi.

Następna kolejka zacznie się jutro. Liverpool – Tottenham to ważne starcie dla obu zespołów. Następnego dnia Southampton – West Ham. Dla gości chyba ostatnia szansa, dla gospodarzy kolejny mecz, który muszą wygrać. Oprócz tradycyjnych sześciopaków w dale tabeli, ciekawie może być w meczu Crystal Palace – Newcastle. No i w końcu zacznie chyba pękać tabela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz