_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

23.02.2015

26 Gameweek Premier League


W końcu się doczekaliśmy, zaczęła pękać tabela i zaczynają się kryzysy. Jednak nic jeszcze nie jest przesądzone, a walka toczy się o dwa miejsca dające prawo gry w Lidze Mistrzów i o wymarzone siedemnaste miejsce w tabeli na koniec. Zacznę jednak od pozornego zwrotu na górze tabeli.


Chelsea zremisowała z Burnley, bo chyba zlekceważyła rywala. To dość zrozumiałe, skoro na dzień dobry w marcu gra się pierwszy finał tego sezonu, ale nie można zapomnieć o arbitrze. Martin Atkinson popełnił dwa błędy nie dyktując jedenastek dla Chelsea i nie wyrzucając zawodnika Burnley po tym zamieszaniu związanym z przewinieniem. Ashley Barnes faulował w taki sposób, że to było mocno pomarańczowe zagranie, które mogło zakończyć się nawet kilkumiesięczną przerwą dla Nemanji Maticia. W końcu ze złamaną nogą trudno grać. Tylko potem była reakcja Serba, która musiała zakończyć się czerwonym kartonikiem. Rozumiem nerwy i emocje, ale jednak zawodnik powinien pewne rzeczy pozostawić w spokoju. W końcu tylko sędzia ma prawo ukarać kogoś za faul. No a skoro zawodnik żwawo zrywa się z murawy i wdaje się w przepychankę, to pewnie nic wielkiego mu się nie stało. Prawdopodobnie będzie zawieszenie gracza Chelsea, co oznacza jego nieobecność w finale Pucharu Ligi. To może zaszkodzić. Ta strata punktów z tego meczu nie powinna. Co prawda Manchester City zdemolował Newcastle, ale wciąż traci pięć punktów. Chelsea ma tak właściwie jeden trudny mecz do końca sezonu, a rywale minimum trzy. Dlatego walki o tytuł na 95% nie będzie w tym sezonie.

Będzie za to walka o małe mistrzostwo Anglii i w tej kolejce mieliśmy dwa mecze zespołów, które o tym marzą. Na początek derby Londynu, czyli starcie Tottenham - West Ham. Goście dobrze zaczęli, udanie neutralizując potencjał Kogutów, ale przyszedł hurrikane i tego nie przetrwali. Tylko jak blisko było ich wygranej. Hugo Lloris przy wyniku 0-2 wybronił setkę i gdyby wtedy piłka wylądowała w siatce Kogutów, to skończyłoby się porażką. Zamiast tego była nadzieja na udany powrót, która zmaterializowała się, gdy do siatki bardzo szczęśliwie trafił Danny Rose. Tylko tak myślę, że prawdziwa przyczyna to zmiana, jaką wykonał menedżer gości. Boisko musiał opuścić Mark Noble, bo chyba nawet najlżejszy kolejny jego faul zakończyłby się czerwoną kartką. Tottenham zremisował przygotowaniem fizycznym, bo do końca piłkarze wywierali presję na rywalu. Ciekawe tylko jak zaprezentują się w finale z Chelsea. No a faul był. Początkowo myślałem, że tam nie było poważniejszego kontaktu, ale jednak był. Wystarczająco poważny na rzut karny. Tylko dalej nie wiem, czy to wystarczy na miejsce dające prawo gry w Lidze Mistrzów.

Teoretycznie do walki wraca Liverpool, ale mecz z Sotonem pokazał też pewne luki. Mogło się wszystko zacząć od rzutu karnego dla gospodarzy, bo widziałem już jedenastki dyktowane za takie zagrania. Potem cudowny gol, którego strzelił Philippe Coutinho i … kolejne błędy arbitra. Tam był oczywisty faul na zawodniku Southamptonu w polu karnym Liverpoolu, ale sędzia tak tego nie uznał. Bo sytuacja z bramkarzem The Reds była już trudniejsza. Simon Mignolet zagrał piłkę ręką poza polem karnym, ale to była tak szybka akcja, że ani arbiter główny, ani boczny, mogli tego nie widzieć. Jak dodamy do tego błąd w defensywie gospodarzy, po którym padła druga bramka dla gości, to już nie było do czego wracać. Tak myślę, że na 10 spotkań gospodarze wygraliby 6-7 razy, a goście potrzebowali jakiegoś szczęśliwego zrządzenia losu. Tym razem im się udało, ale to czwarte miejsce jest daleko za horyzontem. Jak patrzę w terminarz i porównuję to z grą defensywną, to nadmiernym optymistą bym nie był.

Podobnie gdy myślę o Aston Villi. Dość desperacka próba, czy zmiana łyżki spowoduje, że herbata będzie słodsza, jakoś nie zdaje egzaminu. Pierwszy mecz nowego szkoleniowca, teoretycznie mobilizacja i takie wewnętrzne spięcie się na wynik, a wyszło fatalnie. Gol Scotta Sinclaira zapowiadał lepsze czasy, ale potem doszły katastrofalne błędy w defensywie. Nie wiem co robiła defensywa przy pierwszym golu dla Stoke. Chyba podziwiała zagranie rywali tylko. Drugi gol to kryminał, bo to było tak, jakby wbić bramkę do własnej siatki. Ron Vlaar, kapitan przymierzany swego czasu do gry w Manchesterze United, fatalnie przyjmuje piłkę, a następnie fauluje dając rzut karny i ogląda drugą żółtą kartkę. Czasu na reakcję już nie było. Jak mam być szczery, to dość średnio to wygląda. Trzy punkty straty do bezpiecznego miejsca, fatalny bilans bramkowy, a terminarz? Niby łatwy, ale to praktycznie same sześciopaki. Za miesiąc może się okazać, że strata do bezpiecznych miejsc urosła o kilka punktów, a wtedy zostanie już tylko matematyka.

Następna kolejka w sobotę, ale jeszcze następna już 3 marca. Sobotnie starcie Newcastle – Aston Villa może dać odpowiedzi na pewne pytania, bo oba zespoły chcą się zrewanżować za ostatnie mecze. Niedziela zapowiada się ciekawie, bo Liverpool – Manchester City to weryfikacja ambicji obu drużyn, a potem Arsenal – Everton.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz