_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

20.04.2015

33 Gameweek Premier League


Kolejka była okrojona, ale emocji nie zabrakło. Rozstrzyga się sytuacja w górze tabeli, a na dole chyba jesteśmy świadkami wielkiej ucieczki. Chyba, bo na razie nic jeszcze nie jest pewnego. Z tych meczów sobotnich każdy był o coś, zacznę więc od polskiego spotkania.


Polskiego, bo na boisku mieliśmy dwóch graczy z naszego kraju. Bardziej zadowolony jest na pewno Marcin Wasilewski, bo jego zespół zdobył trzy punkty, a dodatkowo Polak miał asystę asysty. W tym spotkaniu gospodarze po prostu bardziej chcieli. Przed sezonem pisałem, że Leicester ma ofensywną filozofię i to widać po wynikach ostatnich meczów. 10 bramek w ostatnich spotkaniach to dużo. Na pewno nie jest to gra jak spadkowicza. Tylko czy się utrzymają, to inne pytanie. Po Swansea widać już, że nie ma za bardzo tej motywacji do walki. Poniżej 10 pozycji w tabeli raczej nie spadną, wyżej niż ósme miejsce nie awansują. Dlatego trwa dogrywanie sezonu i nic więcej.

Podobna zabawa czeka Chelsea, bo po zwycięstwie z Manchesterem United piłkarzom potrzeba jednej, może dwóch wygranych, a parząc w kalendarz zagrają jeszcze cztery mecze z zespołami dolnej połówki tabeli. Mecz nie rozczarował za bardzo, bo dostaliśmy to, czego można było się spodziewać od drużyny prowadzonej przez portugalskiego menedżera. Biorąc pod uwagę, kto siedział na ławce trenerskiej obu drużyn, to taktyczna bitwa była oczywista. Podobnie jak błędy arbitra, ale one raczej nie miały wpływu na wynik. Bramkarz United powinien dostać czerwoną kartkę, ale to głównie sędzia liniowy zawinił, że tego nie dostrzegł. Natomiast sędzia główny chyba miał w pamięci mecz z tamtego sezonu, kiedy Chelsea przegrała z Sunderlandem i zakamuflowany opeer od menedżera londyńskiej drużyny. Dlatego ta akcja pod koniec nie skończyła się rzutem karnym. Podejrzewam, że przy prowadzeniu Chelsea minimum dwiema bramkami, to karny zostałby odgwizdany. Co jak co, w futbolu nie ma przewinień ofensywnych, a tutaj obie strony nie chciały odpuścić. Tylko że to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że w tej bitwie taktycznej menedżer gości został pokonany. Nie miał aż tylu atutów na boisku, żeby zakończyć mecz z wygraną. Może za rok, kto wie. Tylko że będzie trudniej, bo wróci Liga Mistrzów.

W niej nie zobaczymy Tottenhamu, bo gdzieś wypaliła się ta energia pchająca zespół od początku sezonu. Wygranej z Newcastle bym nie przeceniał, bo raczej trzeba się postarać, żeby przegrać z nimi mecz. Zdecydowanie za dużo rzeczy poszło nie tak. Zacząłbym się zastanawiać, czy drużyna zostanie w lidze. Co prawda zespołów walczących o pozostanie jest jeszcze kilka, ale siedem punktów to tak właściwie nic, skoro czekają trzy sześciopaki do końca sezonu. No a przed Spurs podobne problemy, jak sezon temu. Na razie jest mała euforia z powodu indywidualnych osiągnięć Harry’ego Kane’a. Tylko że to nie może przesłonić sezonu. Już nawet to spotkanie mogło zakończyć się innym wynikiem, gdyby tak ochoczo do porażki nie przyłożyli się piłkarze Newcastle. Przecież ten gol z rzutu wolnego to jakiś koszmar dla trenera. Bardzo jestem ciekaw, jak będzie wyglądało lato w obu drużynach.

Zakończę dwoma meczami ważnymi dla drużyn, ale nie dla ligi, czyli półfinały Pucharu Anglii. W pierwszym nie doszło do niespodzianki, bo jednak klasa Arsenalu była za duża. Nie chciałbym mówić o błędzie Adama Federiciego, bramkarza Reading, bo bez jego wcześniejszych interwencji nie byłoby dogrywki. Teoretycznie słabszy zespół zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że sprawił wiele problemów Kanonierom. Tylko że oni mieli zawodnika, który sprawiał różnicę. Alexis Sanchez to ten czynnik, którego zabrakło rywalom. Ciekawe tylko, czy w finale nie będzie zmiany bramkarza.

Tego czynnika zabrakło piłkarzom Liverpoolu, ale tam skrzywdził ich sędzia boczny. Dopatrzył się spalonego, a przecież go nie było. Tylko że wcześniej piłkarze skrzywdzili się sami, bo objęli prowadzenie i dali się dogonić, a potem przegonić. Nie mówiąc już o wybiciu piłki z linii bramkowej po główce Stevena Gerrarda. Podejrzewam, że presja trochę przerosła drużynę. Chyba wszyscy widzieli finał The Reds z Arsenalem. Ostatni mecz wieloletniego kapitana przed wyjazdem do USA, kto wie, może nawet wygrana, a okazuje się, że nie będzie ani pucharu do gablotki, ani Ligi Mistrzów. Na tle Liverpoolu piłkarze Aston Villi wyróżniali się odpowiednią motywacją. Ich waga tego meczu nie przerosła. Rywale troszeczkę się pogubili. Czasami takie mecze się zdarzają, ale mam wrażenie, że Liverpoolowi za często, żeby uznać go za drużynę ze ścisłej czołówki.

Następna kolejka zacznie się w sobotę. Sześciopak Burnley – Leicester. Przegrany spada z ligi, to praktycznie pewne. QPR – West Ham to również sześciopak dla gospodarzy. No a zaczniemy od meczu Soton – Tottenham. Naście kolejek temu wydawało się, że to może być mecz o czwarte miejsce, teraz chyba o szóste. Może piąte. No a w niedzielę wielkie derby Londynu Arsenal – Chelsea. Teoretycznie o nic, w praktyce o pokazanie, że jest się lepszym. Takie mecze z reguły są bardzo ciekawe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz