_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

30.11.2015

14 Gameweek Premier League


Jak widać średnio wychodzą mi predykcje dotyczące angielskiej piłki. Crystal Palace miał zasygnalizować walkę o czołowe miejsca w poniedziałek, zasygnalizował w sobotę, ale ta kolejka nie miała aż takich fajerwerków.


Pierwszy hitowy mecz, czyli starcie lidera z wiceliderem troszeczkę rozczarowało, bo wielkiej piłki w nim nie było za bardzo. Miałem wrażenie, że to bardziej był mecz na rekord, który pobił Jamie Vardy, a nie na sukces Lisów. Defensywnie to nie wyglądało za dobrze z obu stron. Bramka dla Leicester to bardzo prosty gol. Wyrzut piłki od bramkarza, teoretycznie ktoś mu przeszkadzał, ale teoretycznie. Następnie rajd obrońcy, który na moment stał się skrzydłowym, podanie i gol. Trudno znaleźć łatwiejszą bramkę. Owszem, tam było trochę umiejętności napastnika, ale tego się wymaga przecież w Premier League. No a gol w drugą stronę to trochę zbyt bierna gra bloku defensywnego gospodarzy. Poza tym niby goście byli bliżsi wygranej, ale jednocześnie nie potrafili przekuć przewagi na bramkę. W piłce nożnej właśnie o to chodzi, o różnicę między bramkami zdobytymi w każdym meczu, a straconymi. Cała reszta jest nieistotna, nie ma znaczenia, jak się to robi. Nie da się ukryć, że poziom zespołów się wyrównał w ostatnich latach. W 2000 roku Leicester też było liderem, też było spotkanie z Manchesterem United, ale wtedy wynik to 0-3. Tak więc małe szanse, że powtórzą się inne rzeczy. Zresztą w piłce nie ma czegoś takiego, jak powtarzalność wyników z przeszłości.

W tym chyba największa nadzieja Aston Villi, która toczyła pierwszy z meczów o sześć punktów i przegrała z Watfordem. Tak sobie zapisałem, pierwszy gol dla gości to hmm, w notatkach mam wielbłąd. A więc duży błąd defensywy, która powinna zachować się lepiej. Po prostu wyekspediować piłkę hen daleko od własnego pola karnego. Drugi gol samobójczy, no dobrze, to się zdarza. Obrońca próbował zażegnać niebezpieczeństwo, a wywołał większy pożar. No a trzeci gol zaliczyłbym do kategorii tożsamej z pierwszą bramką. Ile czasu i miejsca potrzebuje napastnik przeciwnika, żeby trafić do siatki? Chyba takie badanie przeprowadzała defensywa Villans, bo Troy Deeney miał za dużo czasu i swobody. Tylko powiem inaczej, Aston Villa jeszcze nie spadła. Rozumiem, że wiele rzeczy w ostatnich sezonach zostało rozegranych źle, ale nic jeszcze nie jest przegrane. Zadanie na dziś, które robi się pilne jak nie wiem co, to naprawić defensywę. Klub strzela mało bramek (19 miejsce pod tym względem) i traci o wiele za dużo (18 miejsce). Nawet jak kilka meczów zostanie przegranych, ale później zespół zacznie bronić się lepiej, to nic nie jest stracone. Problem w tym, że widać lekkie objawy tego, że gracze już nie wierzą. To zabije szybciej, niż słabsze wyniki. W końcu na początku każdej decyzji jest myśl. I wiara, że ta myśl przyniesie coś dobrego.

W siebie zaczyna wierzyć chyba Chelsea, która w derbach z Tottenhamem była bliższa wygranej. Chociaż delikatnie, no i nie można pominąć zmęczenia graczy Spurs. Nie da się grać każdego meczu na 110%, jak spotkania rozgrywa się co trzy dni. Z tego meczu i tak rozmawia się o zachowaniu Diego Costy, który chyba żegna się z zespołem. Trudno powiedzieć dlaczego w Chelsea nikną talenty naprawdę dobrych napastników. Nie on pierwszy, nie ostatni. Prezes chyba posłucha menedżera, a ten posprząta szatnię po swojemu. Tak to się chyba zakończy. W tym meczu podobała mi się gra defensywy Chelsea, która chyba wraca do stanu z poprzedniego sezonu. Po raz pierwszy w tym sezonie zagrali w lidze dwa mecze na zero z tyłu, a przed nimi łatwe spotkania. Dopiero koniec roku może coś zmienić, ale może Chelsea będzie już wtedy inna. Tylko tytuł już jest moim zdaniem przegrany. Walka będzie się toczyć o miejsce w pierwszej czwórce.

Podobny cel ma Liverpool, który opromieniony sukcesem z Manchesterem City grał ze Swansea. Typowy mecz na skórkę od banana, na której można się malowniczo wyłożyć. Przede wszystkim goście nie dali już rywalom wszystkich kart do ręki, a skoro kontuzjowany był Philippe Coutinho, to gra nie układała się tak dobrze. Ten rzut karny, cóż. Dla mnie to przede wszystkim błąd obrońcy. Po co skakać i odwracać się plecami do zawodnika gości. To taki wielki problem dostać piłką w brzuch, czy twarz? Willian dostał dwa razy w derbach i żył dalej. Wiem, że to było blisko, ale z drugiej strony doprowadzimy zaraz do sytuacji, że nawet we własnym polu karnym zagranie piłki ręką nie będzie miało znaczenia. Poza tym starcie dwóch drużyn z problemami i trochę szkoda, że goście nie dostali choćby punktu za swoją grę. To na pewno nie był ten Liverpool, który zdemolował poprzedniego rywala. Inny mecz, inne warunki, zupełnie inny obraz spotkania. No ale cel zrealizowany, trzy punkty są. O pierwszej czwórce na koniec można marzyć, tym bardziej że wracają zawodnicy po kontuzjach, a okienko transferowe otworzy się za miesiąc.

Następna kolejka w sobotę. Arsenal - Sunderland, z uwagi na formę obu drużyn. Szkoda, że w tym samym czasie są mecze West Brom - Tottenham i Manchester United - West Ham. Wszystko jest takie rozmyte, bo to jeszcze nie jest ten okres świąteczno-noworoczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz