_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

07.12.2015

15 Gameweek Premier League


Co prawda trwają przygotowania do sezonu świątecznego, ale kilka wyników było ciekawych. Tak jakby niektóre kluby dostały prezenty wcześniej. To już chyba ta magia świąt.


W takim magicznym nastroju musieli być piłkarze Chelsea, bo tak właściwie nie było dużej różnicy w poziomie gry obu zespołów. Przyznam się, że nie pamiętam meczu w angielskiej Premier League, w którym piłka tak bardzo przeszkadzałaby zawodnikom. Jeszcze beniaminka z Bournemouth można usprawiedliwić. Ale Chelsea? Początkowo bez napastnika, w przerwie zmiana, która nie dała tak właściwie żadnych wymiernych efektów. Za dużo niedokładności, tak jakby ten mecz miał się wygrać sam. Zamiast tego jest kolejna porażka. Czy był spalony przy golu Glenna Murraya? Chyba tak, ale po pierwsze Chelsea powinna prowadzić w tym momencie kilkoma bramkami, a po drugie cała sytuacja była tak szybka, że rozumiem decyzję arbitra. Tak samo rozumiem, gdy nie podyktował rzutu karnego po trafieniu piłki w rękę gracza gości w polu karnym. Menedżer gospodarzy narzekał po spotkaniu, a moim zdaniem powinien spojrzeć prawdzie w oczy. Zespół zawodzi od początku sezonu i dobra gra jest tylko krótkimi fragmentami. Wiadomo było, że goście nie przyjadą z hurra ofensywnym nastawieniem, ale że spróbują zaparkować tak ze dwa autobusy w swojej bramce. Tylko czy Artur Boruc się jakoś napracował w tym meczu? Jedyne, czym Chelsea straszyła, to niemoc. Do końca sezonu londyńska drużyna może zdobyć maksymalnie 84 punkty. To za mało, by realistycznie myśleć o tytule. To już nawet czwarte miejsce robi się zagrożone, bo czeka cała masa trudnych meczów do maja. Prezentując się w taki sposób, Chelsea nie awansuje do następnej edycji Ligi Mistrzów. Ostatnie sezony pokazały, że trzeba mieć około 70 punktów na koniec. Zastanawiam się, czy prezes to wytrzyma. W końcu tu chyba już nie ma dobrego rozwiązania, które można wybrać.

Ciekawe czy podobnie nie myślą prezesi Manchesteru United. Ten mecz był ostatni w sobotnim MOTD. Ktoś może nie znać specyfiki tego programu, ale ostatni mecz można powiedzieć był najsłabszy z całej kolejki. Może to trochę na wyrost, bo goście zagrali całkiem dobre zawody i dwa razy trafili w słupek. Dodatkowo powinni grać z przewagą, bo dwóch graczy gospodarzy powinno zobaczyć przynajmniej mocno pomarańczowe kartki. Dziwi mnie ta słabość zespołu, bo na tle bardzo osłabionych Młotów nie było widać za dużej różnicy. W strzałach celnych 1-2. Drużynie brakuje napastnika, bo Wayne Rooney pauzował po urazie, a Anthony Martial chyba już wyzuł się z tego entuzjazmu, który go pchał wcześniej. Jak dodamy do tego zachowawczą taktykę, myślenie żeby nie stracić, to wychodzi nam taki nudny mecz, w którym emocji było niewiele. Już to kiedyś mówiłem, że punkt w meczu jest dobry, jak się walczy o pozostanie w lidze. Jak się walczy o pierwszą czwórkę, to remis oznacza dwa punkty stracone. Manchester został uratowany słabszymi wynikami zespołów za nim w tabeli, ale to nie potrwa do końca sezonu.

Przynajmniej to nie była porażka. Takiego szczęścia nie miał Manchester City, ale aż żal było patrzeć na ten popis niemocy. Rozumiem kontuzję Vincenta Kompany’ego, ale tak niewiele potrzeba, żeby zespół stracił fundamenty. Można było spodziewać się, że Mark Hughes będzie traktował ten pojedynek specjalnie i odpowiednio nastawi on swoich graczy. Trójka graczy ofensywnych Stoke zagrała fantastyczny mecz. Podejrzewam, że defensywa City do tej pory nie można się pozbyć wrażenia, że któryś gracz rywala nie chowa się w lodówce, czy za kanapą. Pierwszy gol to kumulacja błędów defensywy rywala, bo kilku graczy mogło zachować się inaczej. To ustawiło mecz, bo Stoke nie wygrał przez przypadek. Drugi gol to kolejne błędy, a mogły i powinny paść kolejne bramki. Wynik 4-0 byłby chyba najmniejszym wymiarem kary. Tylko do tej mizerii w defensywie, nie po raz pierwszy w tym sezonie, doszła też kompletna bylejakość w ataku. Nie chciałbym słyszeć, że rywale zagrali świetnie. To nie powinien być problem City. Oni muszą spodziewać się, że rywale za każdym razem będą grać na 110%. Problem City polega na tym, dlaczego piłkarze sami nie zagrali na wyższym poziomie. Coraz bardziej wygląda to na ostatni sezon menedżera z Chile. Z jakiegoś powodu nie potrafi on nadać drużynie jakiegoś błysku. Kontuzje nie tłumaczą wszystkiego. Zespół budowany za takie pieniądze powinien być po prostu silniejszy.

Z rzeczy drobniejszych trzeba odnotować, że Kloppkrieg napotkał moskiewskie śniegi w Newcastle i skończyło się rumakowanie. Pierwsza wywrotka w angielskiej przygodzie. Następna kolejka w sobotę. Sześciopak Sunderland - Watford, no a w niedzielę Liverpool - West Brom. No I wbrew pozorom Aston Villa - Arsenal może być ciekawym meczem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz