_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

30.12.2015

19 Gameweek Premier League


Połowa sezonu za nami, a dalej nie wiemy tak wielu rzeczy. Może jedynie tożsamość jednego spadkowicza jest jasna tak na 80-90 procent, ale poza tym nic nie wiadomo. To dlatego ten sezon jest taki dziwny.


Podobnie dziwnie było przed meczem Manchester United - Chelsea. Wiele spekulacji medialnych przed meczem, a w czasie spotkania na pierwszym planie bramkarze obu zespołów. Gospodarze na pewno zagrali odważniej, bez takiej asekuracji w tyłach. Można powiedzieć strachu, ale to chyba za daleko idący wniosek. Na pewno w Manchesterze brakuje napastnika. Mam wrażenie, że wzmocnienia przedsezonowe skoncentrowały się na nazwiskach albo potencjale, ale zabrakło jakości na dziś. Drużyna za to płaci, bo przy słabszej formie dotychczasowych liderów nie ma komu zdobyć tych bramek. Stąd tak duża liczba remisów czy porażek. Co prawda dalej nie sądzę, że odpowiedzią na problemy United będzie Jose Mourinho. On lubi grać zupełnie inaczej. Owszem, to przynosi wyniki, ale to nie przejdzie w United. Do pełnego sukcesu tam potrzeba jednego w miarę skutecznego napastnika, ale jak klub będzie dalej polował na głośne nazwiska, to nic z tego nie będzie. Chelsea ma bardzo podobny problem. Też jest pewna słabość w ataku. Romelu Lukaku został oddany tak właściwie bez większego żalu. Dzisiaj przydałby się w londyńskiej drużynie. Nigdy bym nie opierał sezonu na Diego Coście. To zbyt wybuchowy gracz, żeby widzieć w nim ostoję zespołu przez cały sezon. Prędzej czy później zrobi coś takiego, że zaszkodzi. To praktycznie robi się pewnik. W skrócie remis pozostawił niby dwóch rannych, ale oba zespoły są w takim miejscu, że remisy nie wchodzą za bardzo w grę. Manchester ma pięć punktów straty do miejsc dających prawo gry w Lidze Mistrzów, a szósty z różnicy bramkowej. No a Chelsea traci piętnaście punków. To bardzo dużo, bo wszystkie zespoły z czołówki nie staną nagle w miejscu. Tak więc to już czas, żeby pogodzić się z niektórymi rzeczami.

Nie wiem, czy ze spadkiem pogodziła się Aston Villa. Rozumiem, że ostatnie lata dawały pewną nadzieję. Sunderland i Leicester się uratowały, mimo że 1 stycznia były na końcu. Tylko że miały więcej punktów. 13 albo 14, no i chyba nie grały tak beznadziejnie w defensywie. W meczu z Norwich początkowo przewagę miał zespół z Birmingham, ale nie potrafił przekuć jej w bramki. A jak rywale zdobyli gola, o co nie było trudno, jak obrona była taka dziurawa, to coś pękło i się skończyło. To był mecz, który mógł posłużyć za odskocznię od tego, co było wcześniej. Brakowało jakości, ale poszukiwanie jej w takim meczu to ostatnia rzecz do zrobienia. Obie drużyny walczą w dole tabeli, a to pozbawia pewności siebie i wiary w sukces. Dlatego trzeba było wygrać. Bez dwóch zdań, łatwiejszego meczu przed Aston Villą nie ma. 11 punktów, dwunasty z bramek, do bezpiecznego miejsca. Coraz bardziej zostaje wiara w matematykę, a to nie jest recepta na sukces.

W matematykę nie wierzy też Tottenham, ale zanim drużynę uznamy za kandydata w walce o tytuł, to trzeba zastanowić się nad pewnymi rzeczami. Po pierwsze zespół musi pozostać w zdrowiu i formie, bo bez tego skończą się punkty wyrwane w meczach z takimi rywalami, jak Watford. A po drugie zakupy styczniowe muszą być bardzo wyważone i po prostu dobre. Po pierwsze nie można zakłócić delikatnego bilansu w składzie, a po drugie trzeba wzmocnić drużynę. Jeden cel, większa elastyczność dla menedżera przy układaniu jedenastki na mecz. Pół godziny w meczu z Watfordem zespół grał z przewagą jednego gracza. Tylko nie było za bardzo widać tego na murawie. Nawet ten gol ustalający wynik meczu padł po spalonym, więc dużo szczęścia miała drużyna. Na mówienie o tytule jest za wcześnie, bo to może zaszkodzić. Biorąc pod uwagę zapowiadające się na trudne mecze wyjazdowe do końca sezonu, to celem powinno być miejsce dające prawo gry w Lidze Mistrzów. Na mówienie o tytule jest za wcześnie.

No i na koniec starcie pierwszej z trzecią drużyną, które nie wzbudziło jakichś większych emocji. Powiedziałbym, że w tym meczu widzieliśmy głównie słabości obu drużyn. Leicester nie jest zespołem, który może realistycznie bić się o tytuł. Dobra pierwsza połowa sezonu, ważni gracze w formie, dały wysokie miejsce w lidze, ale sezon kończy się w połowie maja. Można powiedzieć zespół pomyślnie przeszedł próby aż do litery L, może M, ale jest jeszcze cała reszta alfabetu. Trudne mecze wyjazdowe w drugiej połowie sezonu jasno wskazują, że drużyna nie utrzyma się w tym wyścigu. No a Manchester City ma swoje tradycyjne problemy. Kontuzje ważnych graczy pozostawiły wyraźne rysy. Sergio Aguero może i jest zdrowy, ale nie sprawia wrażenia, że jest w formie. On ma za dużo meczów, kiedy jest na boisku, ale to wszystkie zasługi. Brak Vincenta Kompany’ego pozostawia dziurę w defensywie. Tego nie przetestował za bardzo Leicester, bo nie mógł tego zrobić, ale inne zespoły nie będą takie łaskawe. Dlatego ten remis pozostawia takie znaki zapytania. Chyba najważniejszy wniosek to taki, że w tym sezonie wygra najsilniejszy ze słabych. Niezależnie kto wygra, będzie miał listę minusów.

Dzisiaj jeszcze mecz Sunderland - Liverpool, a następna kolejka w sobotę. Absolutny sześciopak na dole tabeli Sunderland - Aston Villa. Na 75% oba te zespoły spadną z ligi. West Ham - Liverpool to najprawdopodobniej będzie mecz o przepustkę, żeby bić się o pierwszą czwórkę. No a w niedzielę derby Londynu i kolejny mecz mogący coś nam potwierdzić, czyli Everton - Tottenham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz