_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

14.01.2016

21 Gameweek Premier League


Nie będę ukrywał, że lubię kolejki rozgrywane w środku tygodnia. Dlaczego? Wydaje się, że zmory trapiące zespoły wtedy się gubią i można zobaczyć wygraną Aston Villi, trzy bramki Manchesteru United, czy czyste konto Evertonu. Tylko że to tak właściwie nie ma znaczenia.


Znaczenia miała kolejna bitwa w dole tabeli. Żartobliwie można stwierdzić, że w tym roku walkę o pozostanie w lidze sponsoruje cyfra sześć. Drużyny toczą wirtualne sześciopaki, a sześć drużyn tak właściwie jest w tej rywalizacji. Nawet jak ktoś wyżej zleci do tego ostatniego kręgu, to ktoś z niego awansuje. No i spotkanie Swansea - Sunderland to taki sześciopak jak malowany. Tylko że główną rolę zagrał w tym meczu arbiter Graham Scott. To było zastępstwo w ostatniej chwili za Andre Marinera i chyba waga meczu przerosła sędziego. Karny bardzo wątpliwy, bo tam chyba w ogóle nie było kontaktu. Czerwonej kartki nie powinno być, bo tam było zagranie piłki. To, że zawodnik Sunderlandu dodał wiele od siebie, nie powinno mieć wpływu na arbitra. O możliwych spalonych przy bramkach to już może nie mówmy. W ten sposób toczą się dyskusja o arbitrze, a nie o grze zawodników. Swansea wydaje się zmierzać do drugiej ligi. Pierwszy gol dla rywala spada na barki bramkarza, bo Łukasz Fabiański po prostu źle podał piłkę. Bez tego nie byłoby gola. Do tego drugi błąd, przy bramce na 2-3. Rozumiem, że Jermaine Defoe był na spalonym przy pierwszej swojej bramce, ale piłkarz powinien grać do gwizdka, jak pies Pawłowa. Skoro arbiter nie zagwizdał, to gramy dalej, nie czekamy na reakcję. W piłce czasami sekundy decydują, więc każde takie wyłączenie się może nieść fatalne konsekwencje. No i przy tym golu ofsajdu nie było. Sunderland wykonał znaczący krok, żeby pozostać w lidze. Jest kontakt z zespołami będącymi wyżej. Natomiast Swansea przypomina okręt dryfujący bez sensu po morzu. Niepokojąca jest ta zwłoka z nowym menedżerem. Garry Monk został zwolniony prawie półtora miesiąca temu. Skoro plan A nie wypalił, to widać dość wyraźnie, że planu B też nie ma. To jest bardzo niepokojące w kontekście dalszych kolejek.

Z optymizmem na następne mecze może spoglądać West Ham. Wrócił do gry Dimitri Payet i od razu Młoty prezentują się lepiej. Spotkanie z Bournemouth, wbrew pozorom, było trudne. Artur Boruc czarujący w bramce, Benik Afobe debiutujący, więc różnie mogło się to potoczyć. Tym bardziej że gospodarze prowadzili jedną bramką i wieźli ten wynik. Wydawało się, że dowiozą, ale wtedy sprawy w swoje ręce wziął wspomniany Payet. Drużyna musi chuchać i dmuchać, żeby żadna kontuzja nie przyplątała się znowu, bo bez niego walka o pierwszą czwórkę będzie niemożliwa. Potwierdzić to może przykład Crystal Palace, które przegrywa z urazami swoich graczy. Natomiast jak Payet do końca będzie czarował tak, jak w tym meczu, to będzie godne uczczenie przeprowadzki klubu. W końcu stadion olimpijski wymaga wielkich spotkań.

Nie wiem, czy takie mecze zawitają na White Hart Lane, bo wydaje się, że kryzys dopadł piłkarzy Spurs. Oni weszli w fazę ciągłych spotkań z Leicester i na razie to rywale mają pewną przewagę. Spotkanie pucharowe spotkaniem pucharowym, ale ono też pokazało, że rezerwy są lepsze w Leicester. Co jak co, powtórka meczu to fatalne rozwiązanie dla Tottenhamu. Jak się gra tak intensywnym pressingiem, to trzeba za wszelką cenę oszczędzać siły. Z czasem wyjdą urazy i zmęczenie, kiedy po prostu nie będzie się chciało chcieć, a co tu jeszcze mówić o grze. Widać wyraźnie brak drugiego napastnika w klubie. Harry Kane jest moim zdaniem eksploatowany ponad swoje siły. Powinien chyba trochę zwolnić, bo nie da się grać na takim poziomie cały czas. On jeszcze nie potrafi grać słabiej, a mimo to zdobywać bramki. No a druga sprawa, bardziej niepokojąca, to dziura w defensywie. Nie wiem, kto pilnował Roberta Hutha przy stałym fragmencie gry. Mnie dziwi, dlaczego nie miał on opiekuna. W końcu nie napracował się za bardzo przy tym golu. Zrobił to, czego się wymaga od gracza w tym miejscu i sytuacji, ale nie musiał o to walczyć. Jeśli to zmęczenie, to bardzo zły znak. Trudne mecze czekają, a walka o pierwszą czwórkę wymaga wygranych. Tytuł? Mówiłem, że nawet samo wspomnienie o nim, w kontekście Tottenhamu, zaszkodzi.

O tytule może myśleć Arsenal, bo tak właściwie nie ma poważniejszego rywala na horyzoncie. Liverpool zagrał z podobną intensywnością, co w meczu z Manchesterem City. Dodatkowo zmiany taktyczne, posadzenie na ławce Christiana Benteke, Roberto Firmino grający jako napastnik, wprowadziło trochę chaosu w linie Arsenalu. Kanonierzy mieli po prostu inny plan na ten mecz, ale mimo że nie trafili do końca w zamierzenia rywala, to i tak wracają z punktem. Przy pierwszej bramce Liverpoolu można dopatrywać się małego błędu Petra Cecha. Drugi gol to po prostu magiczne uderzenie, a trzeci? Bramkarz Arsenalu miał piłkę na ręce, tylko ona była za mocna. No i chyba też on chciał ją łapać, a nie po prostu wybić na kornera. Jego rywal w bramce po przeciwnej stronie nie zaliczy tego meczu do udanych. Powinien zachować się lepiej przy bramkach dla rywala. To na pewno nie była taka oznaka spokoju, jak Petr Cech, który po prostu samym swoim wyglądem potrafi stonować swoje pole karne. Oni na pewno nie są na tym samym poziomie. Arsenal z poprzedniego sezonu przegrałby ten mecz. Liverpool wyłączył z gry Mesuta Ozila niemal kompletnie, ale własne błędy w defensywie dały szasnę rywalowi. Przed sezonem napisałem, że Liverpool może mięć w ręku klucz do tytułu. No i Arsenal zdał ten egzamin na mocną czwórkę z plusem.

Następna kolejka w sobotę. Tottenham - Sunderland to będzie prawdopodobnie trudny mecz dla gospodarzy. Potem Chelsea - Everton, głównie z uwagi na pewnego napastnika. No a niedzielę Liverpool - Manchester United.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz