_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

08.02.2016

25 Gameweek Premier League


Nie wiem, czy czytelnicy mojego bloga znają pewną tradycję, zwaną Opposite Day, na polski dzień przeciwieństw, dość popularną w angielskojęzycznych krajach. Jeśli nie, to obecny sezon Premier League znakomicie spełnia warunki tego święta. Wystarczy spojrzeć na tabelę, albo wyniki tej kolejki.


Starcie Manchesteru City z Leicester nie miało może takiej otoczki, jak przy tradycyjnych starciach tych wielkich, ale wynik jest wielką sensacją. Zresztą pół biedy wynik. To gra gospodarzy przebiła dno, bo nie przypominam sobie tak słabego występu tego zespołu. Niedawno wspominałem, że przydałby się kolejny środkowy obrońca, bo jakość defensywy, po kontuzji Vincenta Kompany’ego, zdecydowanie odbiega od poziomu wymaganego w lidze. Wszystkie gole gości były takie łatwe, można było im zapobiec. Co mnie zdziwiło i na miejscu menedżera dostałbym apopleksji, był fakt, że trzy minuty po rozpoczęciu odpowiedniej połowy, rywale strzelili gola. No a druga rzecz, to brak umiejętności jak sobie poradzić z defensywą rywala. Przez cały mecz miałem wrażenie, że gospodarze zostali w szatni. Nie wiem, co takiego się stało. Czy doniesienia o nowym menedżerze już tak zdemontowały zespół, że zagrał on fatalnie. Rozumiem, że Leicester tylko chce, a gospodarze muszą, ale czegoś innego spodziewałbym się po piłkarzach zarabiających takie pieniądze. Mecz do zapomnienia jednym zdaniem, ale jednocześnie też tytuł do zapomnienia. Szósta porażka, a jakoś nie potrafię sobie wyobrazić bezbłędnej gry do końca. Czy Leicester zdobędzie mistrzostwo? Moim zdaniem teraz zacznie się presja i mecze, które będą musieli wygrać. Dlatego nie wręczałbym już teraz tytułu. Na to za wcześnie. Oczywiście można dalej widzieć w nich faworyta, ale oni mają jeden kryzys przed sobą. Od tego, jak sobie z nim poradzą, zależy które miejsce zajmą na koniec.

Na spadek Aston Villi niby też za wcześnie, bo po wygranej z Norwich dystans do bezpiecznych miejsc to tylko osiem punktów, ale nie żartujmy sobie za mocno. Ten mecz był starciem dwóch drużyn całkowicie odartych z pewności siebie, mających wiele problemów i mało odpowiedzi na palące problemy. Tam nie było za dużo jakości, która pozwoliłaby spoglądać z optymizmem w przyszłość. Gości zgubiła defensywa, znowu można powiedzieć. Pierwszy gol za łatwy, bo co jak co, na zawodniku rywala w polu karnym można wywrzeć większą presję. Nie mówię faulować, ale utrudnić mu dojście do futbolówki. Drugi gol to błąd bramkarza, bo niepotrzebnie wyszedł z bramki. Zwolnił tym samym napastnika rywali z myślenia, co ma zrobić z piłką. Wbrew pozorom nawet opanowanie futbolówki niewiele dawało, bo trzeba było wymyślić coś w sekundę. Ale skoro bramkarz oddał wszystkie karty w ręce napastnika, to dlaczego miał on nie trafić. W ofensywie było jeszcze gorzej, bo defensywa rywala rzadko wraca z czystym kontem. Ten wynik może skazać zespół gości na spadek z ligi, bo na razie zanosi się, że każde punkty stracone z tym rywalem będą ciążyć. Małe pocieszenie, że chyba wszyscy w klubie to wiedzą, więc może jeszcze nie do końca wszystko jest przegrane. Tylko zaczyna robić się niedoczas.

Ciekawe czy podobne myśli są też na Old Trafford. Przed meczem z Chelsea nic nie układało się obu zespołom. Gospodarzami wstrząsnęła sprawa z kontraktem Johna Terry’ego, który co jak co, kryształową postacią w klubie nie był. O ile na boisku potrafił dać z siebie 110% normy, tak poza boiskiem zdarzało mu się zapomnieć, co to są reguły, które powinien przestrzegać. Goście mieli otwartą nową sprawę, czyli potencjalną kandydaturę Jose Mourinho na menedżera. Dla mnie to będzie w pewien sposób podeptanie tego, czym jest klub. Wydawać by się mogło, że hołduje on po prostu innym wartościom. No a sam mecz, cóż. Bramkarze wybronili co mieli wybronić. Chelsea otworzyła się po kontuzji, jakiej doznał Kurt Zouma. Widać było brak tego zawodnika. Tylko że goście nie dobili rywala, a w końcówce popełnili błąd. Pozwolenie na prostopadle podanie, gdy w ataku rywala hasa sobie Diego Costa, to proszenie się o kłopoty. Delikatnie lepsi byli goście, takie mam wrażenie, ale nie potrafili przekuć swojej przewagi w bardziej wymierne efekty. Remis nikogo nie krzywdzi, a na wygraną nikt tak właściwie nie zasłużył. Tylko ten wynik może mieć konsekwencje dla losów walki o pierwszą czwórkę. Oczywiście nie będzie o nią rywalizować Chelsea, ale Manchester United traci sześć punktów. Niby można do Ligi Mistrzów awansować przez wygranie Ligi Europy, ale tam są 32 drużyny, a miejsce tylko jedno. W tym momencie ktoś musi podjąć decyzję, na czym się skoncentrować, bo nie da się walczyć tu i tu. Na chwilę obecną bardzo poważnie grozi miejsce poza Ligą Mistrzów w lidze krajowej, a takie coś pewnie zmieni szkoleniowca. Pytanie tylko na kogo.

Następna kolejka od 13 lutego. Sobota to tylko delikatne przetarcie, chociaż kilka meczów grozi mniejszymi, bądź większymi niespodziankami. W niedzielę Arsenal - Leicester (o tytuł), potem Aston Villa - Liverpool (kluczowy mecz dla gospodarzy) i Man City - Tottenham (a to kluczowy mecz dla gości).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz