_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

04.04.2016

32 Gameweek Premier League


Widać już metę na końcu sezonu. Teoretycznie już nic nie powinno się wydarzyć, ale czasami zdarzają się niespodzianki. Tylko w tym sezonie bliżej do nich w strefie spadkowej, niż w walce o pierwszą czwórkę. Pierwszy z sześciopaków, które na końcu mają szansę zdefiniować tabelę na dole, za nami.


No i mecz Norwich z Newcastle nie zapisze się jako mecz sezonu. Nawet jako mecz kolejki miałby duże kłopoty, bo jedynym wyróżnikiem była fatalna gra w defensywie (no i może też brak jakości czasami, w obu drużynach). W pierwszej połowie zespoły się badały, bo goście z nowym menedżerem próbowali chyba zaskoczyć trochę rywala. Na zakończenie połowy gol dla gospodarzy, można powiedzieć trochę z niczego. Mało potrzebny faul, po nim dośrodkowanie, zawodnik Norwich zostawiony sam sobie przed bramką rywala. Nic dziwnego, że padł gol. W drugiej połowie Newcastle się poprawił, podejrzewam, że rozmowy w szatni miały swój efekt. Do tego w 62 minucie pojawił się Aleksandar Mitrović. Chyba nie byłoby lepszego przykładu, żeby pokazać jak działa impact sub (wydaje się, że nie ma polskiego tłumaczenia; to po prostu zawodnik, który z jakiegoś powodu zaczyna mecz na ławce rezerwowych, a jak się pojawia na boisku, to ma czymś zaskoczyć rywala). Napastnik spełnił swoją rolę, doprowadził dwa razy do remisu, ale wszystko zmarnowała defensywa. Tak właściwie przy każdej bramce można doszukać się jakiegoś błędu. To nie jest przypadek, że te dwie drużyny walczą o pozostanie w lidze. W końcu biorąc pod uwagę stracone bramki, to strefa spadkowa. Dobra linia napadu wygrywa mecze, ale o losach sezonu decyduje tylko defensywa. Walka o pozostanie w lidze robi się trudna. Rozumiem, że rok temu Leicester zajmował ostatnie miejsce w tym momencie rozgrywek, ale nie zawsze zdarza się taka końcówka sezonu. Newcastle ma sześć punktów straty do Norwich, raczej gorszą różnicę bramkową, więc ten mecz w zapasie niewiele zmieni. Trudno też uwierzyć, że zespół przegrywający wcześniej co się da, teraz zacznie wygrywać każdy mecz. Jakby to się zdarzało co sezon, to nie nosiłoby to nazwy magiczna ucieczka.

O magicznych pościgach nie ma co marzyć Tottenham, który tytułu raczej nie wygra. Sam mecz z Liverpoolem mógł się podobać. Gospodarze mieli bardzo dobry plan taktyczny i zneutralizowali wiele atutów, którymi wcześniej Tottenham wygrywał mecze. Liverpool był bliżej wygranej, ale zawiodła go skuteczność pod bramką rywala. Tam jeszcze nie do końca wszystko działa dobrze. Czasami drużyna gra zrywami, ale jak już to robi, to robi to pięknie. Tottenham natomiast wydaje się, że pomału traci siłę. Wydawało mi się, że w pewnych momentach zabrakło tego jardu tu i ówdzie. Harry Kane zdobył ładnego gola, co napompuje jeszcze bardziej balonik oczekiwań przed finałami. Kilka innych akcji też mogło się podobać, ale ogólnie mówiąc gospodarze byli odrobinę lepsi. Oni mogą czuć się bardziej poszkodowani podziałem punktów. Tylko że to niczego nie zmienia. Liverpool nie załapie się na miejsce w pierwszej czwórce, Tottenham nie wygra mistrzostwa. Całkiem możliwe, że nawet nie skończy nad Arsenalem na koniec. W przyszłym sezonie ten mecz może być jeszcze ciekawszy, bardziej emocjonujący. Po Liverpoolu widać, że idzie w górę. Pełne efekty pracy nowego szkoleniowca będzie można zauważyć w przyszłym sezonie, na razie są tylko małe przebłyski. Musi przepracować przerwę między sezonami, wpoić pewne schematy. Ciekawe, jak zareaguje na to liga.

Bo z tytułem mistrzowskim dla Leicester ona już chyba sobie poradziła. Zaakceptowała to, że ta drużyna wygra tytuł. Zespół uporał się z pewnym potencjalnym kryzysem i nauczył się wygrywać wtedy, kiedy po prostu nie gra dobrze. To nie jest niespodzianka, że coraz więcej drużyn traktuje Lisy jako potencjalnie trudnego rywala, który musi wygrać. Dlatego presja jest niby przerzucona na nich, ale piłkarze nic sobie z tego nie robią. W poprzednich sezonach tak zachowywali się mistrzowie. Nie przejmowali się presją, oczekiwaniami, a konsekwentnie gromadzili punkty. Są przed nimi trudne mecze w kalendarzu, ale z drugiej strony do tytułu potrzeba 3-4 wygranych. Trzeba jedynie pilnować dystansu nad Arsenalem, bo ta drużyna wyszła już chyba z bolączek pucharowych i wszystkie siły skierowała na ligę. Ale traci jedenaście punktów, to chyba za dużo. Nawet jak wygra wszystko do końca, to maksymalnie może mieć 79 punktów. Leicester ma 69 obecnie, więc cztery wygrane i będzie sukces. Tylko nie można za dużo o tym myśleć, bo moment, w którym piłkarze Lisów zobaczą się jako mistrzowie, będzie też jednocześnie początkiem ich upadku. Jak menedżer temu zapobiegnie, to wszystko będzie dobrze.

Następna kolejka w sobotę. West Ham - Arsenal, bo nie dość, że derby, to jeszcze goście muszą. Gospodarze tak właściwie też. Potem Southampton - Newcastle, a w niedzielę ważna walka dla obu krańców tabeli. Sunderland - Leicester i Tottenham - Manchester United. Goście muszą, bo porażka skomplikuje ich walkę o pierwszą czwórkę. W ogóle można powiedzieć, że na tym etapie coraz więcej zespołów musi. Tak jakby nie można było zgromadzić odpowiedniej liczy punktów wcześniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz