_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

06.03.2017

27 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Lubię te momenty, kiedy za oknem coraz odważniej poczyna sobie słońce i wiosna, a liga zaczyna wchodzić w ostatnią prostą i wszystkie zagadki się wyjaśnią. Co prawda czasami trudno pogodzić się, czy zaakceptować pewne rzeczy, ale jak na razie nikt nie wygrał z czasem, chociaż wielu próbowało.


Próbował też Manchester United w starciu z Bournemouth i z tych prób pozostało uczucie, nawet nie wiem jak to nazwać, bo rozczarowanie chyba nie odda za bardzo emocji po tym meczu. Nie spodziewałem się po prostu, że Jose Mourinho tak szybko sprowadzi kolejny zespół na poziom, na którym kiedyś czuł się najlepiej. To znaczy gramy brzydko, nie musimy bawić widzów, ale wygrywamy. To pewne zaprzeczenie tego, czemu hołdował przez tyle lat poprzedni szkoleniowiec. Jego Manchester United też był pazerny na wygrane, ale starał się nie przekraczać tej czerwonej linii. Tutaj wydaje się, że zespół już jest daleko za tym punktem i wystarczyła do tego jedynie dobra gra Artura Boruca. On zagrał znakomity mecz, nie tylko obronił rzut karny, ale utrzymał swój zespół w grze i dociągnął go do jednego punktu. Tylko że spotkanie jest w cieniu tego, co zrobili Zlatan Ibrahimović i Tyrone Mings. Zaczęło się od incydentu bez piłki, bez udziału arbitra, gdzie Szwed chciał po prostu zaznaczyć swój teren i przewrócił defensora rywala (klik, ale liga usuwa te pliki). Ten się zrewanżował, przejeżdżając korkami po głowie Szweda, jak lądował przeskakując leżących graczy United. Czy to było zamierzone? Nikt tego nie wie, poza zawodnikiem, ale i tak zrobił on wiele, żeby wyglądało to na przypadkowe starcie, jakich wiele w czasie meczu. Szwed zrewanżował się pięknym ciosem z łokcia, przy zamieszaniu po jednym kornerze. Tylko że to piłka nożna, nie jakiś Bellator MMA, gdzie takie coś byłoby przyjęte z uznaniem. Zamieszenie skończyło się czerwoną kartką dla innego gracza gości, bo tym razem Zlatan wyłożył się, jakby potrącił go pociąg po popchnięciu go przez rywala. Podejrzewam, że skończy się to jakimiś karami wymierzonymi przez ligę, bo w pewnym momencie to wyglądało jak bójka przy barze, a nie mecz piłki nożnej. Możemy się z tego śmiać, ale cierpi na tym wizerunek ligi i produktu, jaki jest sprzedawany. W skrócie, obaj zawodnicy powinni wylecieć z boiska, ale arbiter stracił lekko głowę i nie zareagował w porę na rozwijającą się bitwę między graczami. Nie oszukujmy się, między nimi chodziło o coś więcej, niż tylko o mecz, ale o pokazanie, kto jest silniejszy. Może nie byłoby takiej afery, ale Manchester znów stracił punkty, a miejsce dające prawo gry w Lidze Mistrzów się oddala. Końcówka sezonu zapowiada się na trudną, więc kto wie, co się jeszcze wydarzy.

And now something completely different, jak to było w skeczach Monty Pythona, czyli fragment o Arsenalu. Początkowo wyglądało to inaczej i miało być o starym psie, uczącym się nowych sztuczek. Arsene Wenger nie słynął do tej pory z udanych zagrywek taktycznych, więc teraz zaryzykował i zagrał bardzo odważnie, bo posadzenie na ławce najlepszego gracza mogło zaskoczyć Liverpool. W końcu chyba wszystkie plany rywala na ten mecz miały fragment o Alexisie Sanchezie. No a skoro plan nie wypalił, to wina braku odpowiedniego treningu. W końcu skoro zawsze grasz A, a w meczu zagrałeś B, to jest duża szansa, że rywal zostanie zaskoczony i odda inicjatywę. Tylko piłkarze muszą znać to B przed meczem. Zamiast tego późnym wieczorem pojawiły się informacje, że to jednak kłótnia między piłkarzami (podobno to fałszywe informacje, ale to nie tłumaczy dlaczego ktoś siedział na ławce i dlaczego zespół był tak bezradny w pierwszych 45 minutach). Rozumiem buzujące emocje, rozumiem że postawa szkoleniowca (odchodzę, nie odchodzę, cicho sza, powiem później) może irytować piłkarzy. W końcu oni nie lubią za bardzo stania pod ścianą i czekania na to, co ma się wydarzyć. Szacunek wymaga, że zostaną oni poinformowani wcześniej o planach szkoleniowca. Skoro tego zabrakło, to nie zdziwi mnie masowy exodus po sezonie. Kilku zawodników bez problemu znajdzie pracę w innych klubach, więc niczym nie ryzykują. Wydawało się, że Arsenal ma szansę odwrócić trend, który zaczął się w Manchesterze po odejściu Alexa Fergusona i zastąpić jednego szkoleniowca zespołem, który będzie w stanie osiągać sukcesy. Myślałem, że wygrane w pucharze dadzą ten niezbędny impuls, bo z reguły duże sukcesy zaczynają się od małych. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, a to co mogliśmy uważać za mały sukces, okazało się wielkim, biorąc pod uwagę realny potencjał klubu. W tym momencie zagadką jest odrobienie strat do czwartego miejsca. Niby jesteśmy blisko, ale jednocześnie bardzo daleko.

Skrótowo o meczu, po którym można powiedzieć to samo, czyli starciu Leicester City – Hull. Wiem, że pisałem, że to następne mecze pokażą prawdziwą reakcję, ale jak grasz ze słabym zespołem, który pakuje walizki przed odjazdem do Championship, to trochę trudno o prawdziwą reakcję. Rozumiem, że piłkarze Lisów pokazali znów jakość, która w poprzednim sezonie pozwoliła wygrać im ligę, ale to niczego nie zmienia. Dalej walczymy o pozostanie w lidze, dalej to Liga Mistrzów jest jedyną szansą na zrobienie czegoś dużego, wreszcie dalej nie wiemy, czy piłkarze w końcu zabiorą się poważnie do swoich obowiązków, czy nie.

Takiego zagrożenia nie ma w Tottenhamie, bo ich mecz z Evertonem mógł się podobać. Jakby zespół z Londynu był skuteczniejszy, to do przerwy byłoby po meczu, bo kilka okazji powinno zakończyć się golem. Zamiast tego były pewne nerwy pod koniec, ale nie zmienia to faktu, że to silna drużyna. Brakuje kilku detali, ale nigdy nie jest tak, że zbudowało się zespół, który będzie trwał i trwał na wieki. Wbrew pozorom to nie jest gonienie Chelsea, choć media próbują sugerować walkę o tytuł. W poprzednim sezonie zespół nieco przygasł, jak pojawiła się szansa na walkę o pierwsze miejsce. Teraz niby to nie grozi, piłkarze chyba odrobili lekcje, szkoleniowiec chyba lepiej dozuje treningi, ale walka o tytuł to nie ten sezon. Tam ciągle brakuje jednego, może dwóch klasowych graczy, którzy odwróciliby losy meczu, kiedy nie idzie. Tylko na razie ten niedokończony projekt jest całkiem miły dla oka. Everton to taki Tottenham sprzed kilku sezonów, a Romelu Lukaku to odpowiednik Garetha Bale’a. Nie mówię, że też trafi do Realu, ale że może mieć podobną rolę. W przyszłości chciałbym zobaczyć atak Kane-Lukaku w jednym klubie, ale jak wiadomo marzenia mają to do siebie, że się z reguły nie spełniają.

Następna kolejka będzie mocno okrojona, bo wiele meczów zostało odwołanych z powodu rozgrywek pucharowych. Chociaż będzie sześciopak, bo spotkanie Hull – Swansea to dla gospodarzy jedna z ostatnich szans na ratunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz