_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

20.03.2017

29 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Kolejka normalna, mało normalna będzie przerwa po niej. Przyzwyczaiłem się po prostu do tego, że liga gra co tydzień, albo częściej. A teraz następny mecz dopiero 1 kwietnia. Przynajmniej zaczęła nam pękać tabela, a na pewno kruszy się jeden klub.


Mowa o Arsenalu Londyn, który szczęśliwie zakończył poszukiwania i odnalazł zagubioną serię porażek. 4 na pięć meczów w lidze, do tego fatalny koniec w Lidze Mistrzów. Wygranych w FA Cup to nie będę zaliczał, bo różnica była ogromna między zespołami. Wiele wskazuje na to, że ten sezon zakończy się na miejscach poza pierwszą czwórką, a to będzie mała katastrofa. Oglądając spotkanie z West Brom nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Arsenal został w Londynie. Piłkarze w żaden sposób nie dali poznać, że stoją po stronie szkoleniowca, który hamletyzuje, zamiast jasno ogłosić swoją decyzję. Wskazuje to na zmiany w letnim okienku, bo szkoleniowiec podobno powiedział, że zostanie na sezon, ale pytanie po co. Jeszcze jakby drużyna szła od trofeum do trofeum to miałoby to sens, ale nie teraz. Za dużo rzeczy jest złych w drużynie i takie mecze to potwierdzają. To nerwowe oczekiwanie na jasną decyzję szkoleniowca wypaliło piłkarzy, dlatego pękli oni na wiosnę. A ostatni mecz był fatalny. Dwie kontuzje podstawowych zawodników (swój mecz zakończyli wcześniej Petr Cech i Alexis Sanchez), katastrofalne błędy w defensywie, lekka niemoc w ataku. Jak to miała być pomoc dla szkoleniowca, który zbiera razy po nieudanych meczach (choćby ten samolot z hasłem przeciwko, ale też i drugi za Francuzem) to lepiej żeby piłkarze tak nie pomagali. No a wracając do defensywy, nie komplikujmy prostych rzeczy. Nieważne czy bronisz się strefowo, czy indywidualnie, czy starasz się połączyć zalety obu tych systemów, zawsze zależy drużynie na jednym. To rywal ma nie strzelić bramki, ma nie mieć miejsca, wreszcie ma mieć trudno pod naszą bramką. Rozumiem, że krycie strefowe wymaga czegoś więcej od piłkarzy, bo oni muszą powstrzymać instynkt i nie ruszyć do piłki. Masz tylko, albo aż, pilnować swojego kawałka murawy i utrudnić przeciwnikowi oddanie strzału. Jak piłka jest zagrana dwa jardy dalej, to nie ruszasz do walki, ale pilnujesz swojego kawałka murawy. Brzmi prosto? Tak, ale piłkarze Arsenalu pokazali, że krycie strefowe ich przerosło. Za dużo miejsca, bezsensowne bieganie po własnym polu karnym i bramkowym, pogubione krycie. To już chyba nawet dzieci w szkole szybciej zrozumieją, o co chodzi w tym wszystkim. Dwa gole praktycznie takie same, z małą wariacją na temat krycia (które co zaskakujące pozostało tak samo nieskuteczne), a przy trzeciej bramce nie było spalonego. Gracz był na pozycji spalonej, ale nie miał żadnego wpływu na wydarzenia meczowe. Piłka go po prostu minęła lecąc do bramki i tyle. Jak on mógł przeszkadzać defensywie, jak wszyscy zawodnicy Kanonierów byli za nim. To do obrony Arsenalu można mieć dużo pretensji, a raczej do osoby, która odpowiada za jej organizację w czasie meczu. Jeszcze jakby to był początek sezonu, pierwsze mecze, nowi gracze. Ale przecież to był 27 mecz w lidze. Od drużyny, która chce walczyć o coś większego, wymaga się po prostu więcej. Na pewno wymaga się szkoleniowca, który zidentyfikuje problem, a potem spróbuje go naprawić. Trudno dostrzec to w Arsenalu w ostatnich sezonach, więc na miejscu szkoleniowca bym odszedł. Bo jak nie, to nie chciałbym doświadczyć wykopanie mnie przez zarząd, a do tego to chyba zmierza.

W zupełnie innym kierunku zmierzają zespoły Manchesteru City i Liverpoolu. To był bardzo fajny, powiedziałbym nawet mecz sezonu. Obie drużyny zagrały tak dobrze, że wygrana kogoś byłaby po prostu niesprawiedliwa. Krzywdziłoby to drugi zespół, bo starły się bardzo równe zespoły. Doskonale się ograniczające, ale jednocześnie gubiące defensywę często i grające radosny futbol. Trudno powiedzieć, że ktoś był bliżej wygranej. Manchester City miał swoje szanse, odreagowujący porażkę z Monaco i odpadnięcie z Ligi Mistrzów. Liverpool pokazał, że może być zabójczy z kontrataku, kiedy dwa-trzy podania i szybki rajd zostawiły zespół przeciwnika niemal w innej galaktyce. Niby tylko dwie bramki, ktoś powie co to za mecz, ale gdyby nie bramkarze, to byłoby pewnie 4-4. Trochę szkoda jedynie, że żadna z tych drużyn nie będzie się w maju cieszyć z tytułu. Widać jednak, że obaj szkoleniowcy przeszli długą i trudną drogę, ale w końcu ich drużyny potrafią zagrać na wysokim poziomie. Wydaje się to rozstrzygać walkę o miejsca w pierwszej czwórce. Chelsea umówmy się, nikt już nie wyrzuci z tych pozycji. Oni wygrywają nawet, jak grają brzydko i są bez formy. Manchester City i Liverpool po tym meczu też są na właściwej drodze i trudno powiedzieć, że kalendarz ich spotkań wygląda jakoś tragicznie. Teoretycznie tylko Tottenham mógłby wypaść z tego pociągu, ale to nie jest ta drużyna, która była sezon temu. Oni dojrzeli, są silniejsi, a Manchester United podejmą na swoim stadionie w maju. No i czy Jose Mourinho nie przyznał się do porażki w pewnym sensie, gdy powiedział, że nie sprzedałby niektórych zawodników, jakby był wcześniej szkoleniowcem? Ich czeka bardzo trudny kwiecień. 9 meczów, w tym wyjazd do sąsiadów z miasta. Skoncentrowałbym się na Lidze Europy, a krajową odpuścił i tyle. Jak grasz co 3-4 dni na finiszu sezonu, to trzeba oszczędzać siły. No i w Europie mogą ciągle uchodzić za faworyta. W lidze krajowej to się nie uda.

Następna kolejka to wspomniany na wstępie 1 kwietnia. Liverpool – Everton na dzień dobry, a w niedzielę sześciopak Swansea – Middlesbrough. Arsenal – Manchester City na koniec to nadzieja na dobry deser.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz