_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

03.04.2017

30 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Zaczęła się wiosna, zrobiło się cieplej, liga wróciła do gry na poważnie. W teorii trwa walka o uratowanie się przed spadkiem, o czwarte miejsce, wraca nawet (delikatnie, ale jednak) walka o tytuł, dlatego może być ciekawie. Tylko nie powinno się budować oczekiwań, bo to prosta droga do rozczarowania.



Tak właśnie było w derbach Merseyside, bo różnica między zespołami była zbyt duża. Nie wiem, co chciał osiągnąć szkoleniowiec Evertonu wystawiając dość młody skład. Kontuzje chyba nie tłumaczą wszystkiego. Z jednej strony dużo nauki i zdobywania doświadczeń, z drugiej było widać błędy, które popełniają ci młodzi zawodnicy. No ale gdzie oni mają się nauczyć gry w piłkę, jak nie w takich spotkaniach. W końcu to wyzwania cię kształtują, bo pokazują co możesz i co poprawiać. W poprzednim sezonie strzelec bramki dla Evertonu, Matthew Pennigton, zaczynał krótkie wypożyczenie w klubie Walsall, a więc zespole trzecioligowym. Po miesiącu wrócił do siebie, dalsze ogrywanie się w rezerwach, a teraz debiut i bramka. Można powiedzieć rozwinął się i tak samo ma rozwinąć się klub. Za rok ma być walka o pierwszą czwórkę, bo na razie wiele brakuje. Romelu Lukaku został powstrzymany dość łatwo, bo jeden defensywny pomocnik i uważna gra obrońców wystarczyły, żeby go zneutralizować praktycznie kompletnie. Na pewno było wiele walki i to cud, że oba zespoły dokończyły mecz w komplecie, ale nie lubię oglądać walki dla samej walki. A już na pewno nie lubię oglądać walki z rywalem, a nie z własnymi słabościami, czy ograniczeniami. Kilka wślizgów powinno zakończyć się pomarańczową kartką, ale arbiter nie chciał chyba za bardzo zaogniać sytuacji. No i też wykartkowanie zespołu gości nie pomogłoby samemu meczowi. Jeśli chodzi o jakość, to tej miał wystarczająco dużo Liverpool, żeby poradzić sobie z naprzykrzającym się rywalem. Everton może dalej marzyć, że za rok się uda.

Jeśli chodzi o jakość, to trzeba wspomnieć o spotkaniu, gdzie było jej tyle, co kot napłakał, czyli sześciopaku na dole tabeli. Przed meczem stawka była jasna. Goście, czyli drużyna Middlesbrough, musieli wygrać, by ocalić rachityczne szanse na pozostanie w lidze. Gospodarze nie mogli przegrać, bo porażka pozostawiłaby zespół Swansea w trudnej sytuacji na kilka meczów przed końcem sezonu. Początkowo było trochę emocji, ale szybko waga meczu zaczęła pętać nogi piłkarzom. Nie popełnić błędu, niczego nie zepsuć i tak dograć do końca. Były pewne plusy, jak interwencje bramkarzy, czy dobra gra zawodnika gości Adama Traore, ale tego pierwszego było za mało, a piłkę temu drugiemu wybiły z głowy ciągłe faule i wycinanie go równo z murawą. Obie drużyny traciły hurtowo bramki w lidze (Swansea prawie 2 na pięć ostatnich spotkań, Boro 2 na trzy mecze), dlatego nie dziwi ostrożność i bezbramkowy remis. Mnie nawet nie dziwi pudło, jakie mogliśmy zobaczyć w doliczonym czasie gry. Rudy Gestede miał setkę na głowie można powiedzieć, bo w tym meczu taka szansa musi oznaczać bramkę. Bo jak nie, to się nie wygrywa. Swansea musi poczekać jedynie na powrót Fernando Llorente, bo bez niego gra ofensywna nie może znaleźć właściwego miejsca. Zespół gości z kolei pomału żegna się z ligą. Mówiłem, nie kupować tego gracza, bo czasami za zawodnikami idzie spadek z ligi. Tylko że to nie wina gracza. Po prostu Rudy Gestede jest dobry na poziom Championship i tyle. Jakby miał lepszych pomocników wokół siebie, to nie byłoby większego problemu, ale on trafia do słabych drużyn, a to uwypukla jego słabości.

No i deser, czyli mecz dwóch średnich drużyn. Wbrew pozorom starcie Arsenal – Manchester City powinno zasługiwać na lepszy tytuł, ale ten mecz pokazał, dlaczego te zespoły nie walczą o czołowe miejsca i muszą drżeć o załapanie się do pierwszej czwórki. Arsenal, w defensywie, zagrał katastrofalnie. Jakim cudem defensywny pomocnik ma chronić własną linię defensywy, skoro pilnuje głównie klinów napowietrzających naście metrów przed nią. Czyli stał sam, nikt go nie atakował, a piłka przelatywała nad nim. Tak padły bramki dla Manchesteru City, bo zabrakło odpowiedniego wysiłku. Ze strony szkoleniowca, bo przecież rywale nie zaskoczyli niczym nowym i do tego można było się przygotować. Ze strony piłkarzy, bo nie było odpowiedniego starania się w meczu. Oczekiwałbym od piłkarza, że będzie on grał na 80-90 procent swoich możliwości. Jak nie, to można powiedzieć oszukuje on kibiców, trenerów, kolegów z zespołu. Tylko że to Arsenal, dlatego chyba nie powinniśmy się dziwić. Jeden pozytyw, piłkarze i szkoleniowcy wyciągnęli wnioski ze spotkania z West Brom, gdzie przeładowywanie strefy w kryciu strefowym przyniosło gole dla rywala. Tutaj było podobnie przy bramce na 2-2, tylko że zgubił się Manchester City. Pierwszy gol to również koszmarek w defensywie, bo zgubiona linia spalonego pozwoliła na zdobycie gola dla rywala. Tylko że Theo Walcott cieszył się tak entuzjastycznie, że jakby był wiatrem, to nie porwałby nawet urwanego balonika. Jednym zdaniem remis, ale ten wynik nie powinien cieszyć nikogo. W Arsenalu dalej trwa przeciąganie liny i ciekawe tylko, jakie będą straty. To zwlekanie przyniesie jakieś straty, to jest pewne. Nikt nie ma na tyle odwagi, żeby przeciąć spekulacje i oczyścić atmosferę. Manchester City ma swoje problemy, bo gra defensywna jakoś się rozeszła w trakcie sezonu i chyba szkoleniowiec nie za bardzo wie, jak sobie z tym poradzić. Trzeba się skoncentrować, bo walka o czwarte miejsce nie będzie łatwa.

Następna kolejka jutro. Manchester United – Everton, bo to kolejny sześciopak można powiedzieć, zwłaszcza dla gospodarzy. Chelsea – Manchester City następnego dnia to mecz, który może wskrzesić walkę o pierwsze miejsce, albo o czwarte. Czyli duże, lub małe mistrzostwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz