_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

06.04.2017

31 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Lubię te kolejki w środku tygodnia. Z reguły decydują one o kształcie tabeli, bo często szkoleniowcy gubią się i pękają, jak muszą przygotować zespół do gry co kilka dni. Jeszcze na początku sezonu, czy w tradycyjnym okresie zimowym są pewne rezerwy, ale w kwietniu, po 30 meczach ligowych? Jak są, to niewielkie.


Podobnie jak szanse Manchesteru United na wdarcie się do pierwszej czwórki. Żartując można powiedzieć, że Old Trafford to prawdziwa twierdza i nikt tam nie wygrywa. Nawet Manchester United. Oczywiście żarty żartami, ale widać po drużynie, że nie ma ona takiego blasku, żeby wedrzeć się do czołówki. Everton przyjechał podrażniony po porażce z Liverpoolem, dlatego wystarczyłby dobry plan taktyczny i mecz mógłby wygrać się sam. Piłkarze gości po prostu pękliby po pierwszym golu dla rywala i nie mieliby do czego wracać. Tylko trzeba było znaleźć odpowiednie klucze na rozmontowanie defensywy rywala, bo nikt nie mógł oczekiwać biernego położenia się na murawie i czekania na wyrok. Zamiast tego strata dość miękkiego gola, a potem próby strzelenia bramki, które przypominały walenie głową w mur. Brak pomysłu, jak rozmontować te zasieki obronne. Czekanie na zmęczenie rywala? To nie w Premier League, kiedy spotykają się równe pod względem motorycznym zespoły. Oczywiście były porzeczki, niesłuszny spalony, ale nigdy nie możesz zakładać, że wszystko w meczu pójdzie po twojej myśli. Czasami musisz pomóc swojemu szczęściu, a tego Manchester nie zrobił. Dlatego nie wygrał, a o mały włos by przegrał. Mam wrażenie, że Joel Robles obroniłby uderzenie, którego autorem był krytykowany wcześniej przez portugalskiego szkoleniowca Luke Shaw. Dlatego Ashley Williams niepotrzebnie interweniował, ale tutaj zagrał instynkt. Remis niczego drużynie gospodarzy nie dał. Czekają trudne mecze, a nie wiem, czy Jose Mourinho potrafi jeszcze natchnąć zawodników do umierania na boisku. Oczywiście można powiedzieć, że to budowanie formy na dalszą część miesiąca, tylko ona powinna być teraz. Pięć punktów więcej, a więc zamiast pięciu tegorocznych remisów u siebie, trzy wygrane i jeden remis, pozwoliłyby drużynie patrzeć na rywali z czwartego miejsca i moglibyśmy się bawić w uciekanie. Zamiast tego czeka zabawa w gonienie, a na nią Manchester ma chyba za mało argumentów. Mówiąc wprost, Chelsea z czołówki nie da się wyrzucić. Tottenham dorósł i zmężniał, chyba koszmarek z końcówki poprzedniego sezonu się nie powtórzy (czyli koniec będzie lepszy, niż 2 punkty na 12 możliwych). Manchester City? Jakby nie awansowali do Ligi Mistrzów, to będzie trzęsienie całej galaktyki w klubie, dlatego to się nie może wydarzyć. Teoretycznie tylko Liverpool jest najbardziej zagrożony, ale prędzej czy później skończą się te głupie z ich perspektywy wyniki. I nawet jak się zwolni jedno miejsce, to jest przecież Arsenal, który też śni o pierwszej czwórce. Dlatego to będzie trudne. Liga Europy? To z kolei jest jeszcze trudniejsze, bo trafi się na zespoły mające ten sam cel. Tylko jak się nie uda, co jest bardzo prawdopodobne, to pretensje należy mieć tylko do siebie.

Podobnie wiele uwag pod swoim adresem powinien kierować szkoleniowiec drugiego klubu z Manchesteru, bo nie do końca ten mecz udał się piłkarzom jego drużyny. Mówiąc wprost, to szkoleniowiec Chelsea był aktywniejszy taktycznie i chyba lepiej odczytał to, co się dzieje w spotkaniu. Dobry przykład to zmiana w przerwie, kiedy zszedł Kurt Zouma, a zastąpił go Nemanja Matić. Prowadzisz do przerwy, teoretycznie po co coś zmieniać, skoro wszystko jest dobrze. Ale właśnie nie było, bo Manchester miał hektary wolnego miejsca, jak atakował środkiem boiska. To jest właśnie pomaganie własnemu szczęściu, o czym często się zapomina. W drugiej połowie zabrakło powietrza w środkowej strefie boiska, a dwóch defensywnych pomocników Chelsea skutecznie wybiło jakiekolwiek pomysły na zdobycie bramki z gry rywalowi. Bo ze stałych fragmentów gry szansa była, ale w końcówce John Stones zmarnował setkę, tak to trzeba powiedzieć. Tylko że to nie jest wina zawodnika, że zespół musiał odrabiać straty. Przy pierwszym golu dla Chelsea defensywa rywala pogubiła się na całego, dając rywalom za dużo miejsca i czasu. Nawet błąd bramkarza Chelsea przy golu wyrównującym (mógł i powinien zachować się lepiej) nie miał poważniejszych skutków. Potem Fernandinho faulował w swoim polu karnym, a strzelony na raty rzut karny przypieczętował wygraną gospodarzy. Manchester City popełnił te same błędy, do których już nas przyzwyczaił. Z jednej strony mają nieziemski wręcz potencjał ofensywny. Z drugiej są bardzo wrażliwi w defensywie i praktycznie każda akcja rywali pachnie golem. Rozumiem, że angielska prasa będzie wpychać do bramki Joe Harta, ale to nie bramkarz zawalił wynik, a ogólna niesubordynacja całej linii defensywnej. Wrócił Vincent Kompany, ale tego za bardzo nie było widać. Nie uspokoiło to linii defensywnej, nie wypleniło to z niej tego całego chaosu decyzyjnego. Z jakiegoś powodu to pięta achillesowa szkoleniowca. Latem muszą więc być zmiany, bo nie widać rozwoju tej formacji. Pytanie tylko z jakiej pozycji przystąpi do sprzątania szkoleniowiec, no ale to pytania na lato.

Za to następna kolejka rozpocznie się w sobotę. Ważne spotkanie dla dołów tabeli, czyli West Ham – Swansea. Manchester City – Hull to też może być ciekawy mecz, bo chodzi o przedłużenie serii. No a w niedzielę Sunderland – Manchester United. Nie tylko z uwagi na osobę szkoleniowca gospodarzy, ale jak chcemy uciec, to musimy zacząć wygrywać teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz