_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2017/2018

Nowy sezon, nowe nadzieje, orkiestra wciąż gra, ale to może być ostatni sezon na bogato. Albo jeden z ostatnich. Rozumiem, że światy pol...

08.05.2017

36 Gameweek Premier League (sezon 2016-2017)


Teoretycznie zostały nam dwie kolejki do końca, ale w następnej liga odrobi zaległości, dlatego jeszcze towarzyszą nam różnice w ilości rozegranych meczów. Jedyną zagadką, jaka pozostała do rozstrzygnięcia, to postawa Liverpoolu. Oni jeszcze mogą osunąć się na piąte miejsce. Mimo że to pierwsze miejsce za szczytem, to nie ma prawie żadnych korzyści z jego zajęcia.


A dlaczego Liverpool ma szansę je zająć? Odpowiedź jest zarówno prosta, jak i skomplikowana. Wyniki na swoim stadionie nie są odpowiednio dobre, zwłaszcza w ostatnich meczach, kiedy plany i pomysły taktyczne opracowane latem już się opatrzyły. Do tego dochodzą słabe wyniki w meczach wyjazdowych i tak się kumulują straty punktów. Wprowadza to pewną nerwowość, obawę przed ryzykiem i to widzieliśmy w ostatnim spotkaniu. Rywal nie grał już o nic. Southampton tradycyjnie myśli o tym, co zrobić po zakończeniu rozgrywek, ilu piłkarzy odejdzie, czy szkoleniowiec znów zmieni klub i tym podobne detale. Liverpool z kolei jest prawie u celu, ale może sam sobie zaszkodzić, gdy zacznie się bać. Można było zaryzykować w tym meczu bardziej. Nie liczyć tylko na jedną akcję zakończoną golem, bo jak było widać nawet rzut karny trzeba jeszcze wykorzystać. Trzeba było konsekwentnie próbować i skruszyć ten mur w defensywie, jaki budował rywal. Tylko do tego potrzebni są ofensywni gracze i oni byli. Siedzieli na ławce, weszli dopiero prawie w 70 minucie. Mieli za mało czasu, żeby rozmontować obronę rywala w jakiś poważniejszy sposób. Tym bardziej, że dostała ona bonus, czyli obroniony rzut karny. Dlatego trzeba zadać sobie pytanie, czy Liverpool mógł zagrać inaczej. Czy szkoleniowiec tego klubu mógł podjąć inne decyzje, tak żeby można było wywrzeć większą presję na rywalu. Oni nie mają europejskich pucharów, grają tylko w lidze, dlatego nie ma większego sensu oszczędzać zawodników na późniejsze spotkania. Oni nawet nie mają górki spotkań przed sobą, dlatego trzeba od początku każdego meczu grać na 100%, a potem jeszcze dorzucić coś ekstra. Wiem, że jest pewien margines, ale jeden niekorzystny wynik i cały sezon pójdzie się przejść. Na razie grozi tylko, a może aż czwarte miejsce. Oznacza to konieczność rozegrania meczów kwalifikacyjnych przed fazą grupową Ligi Mistrzów, co może mieć jakiś tam wpływ na przygotowania. Jednak brak awansu byłby pewnym rozczarowaniem, po całym tym podbijaniu pozytywnych emocji.

O tym nie mogą marzyć w Hull City, ale w spotkaniu z Sunderlandem zespół zgubiła rzecz prosta do wytłumaczenia. Po raz pierwszy w tym sezonie byli faworytem spotkania, tak to można powiedzieć. Sunderland spadł z ligi kolejkę wcześniej, ale naiwnością jest zakładanie, że zespół przestanie wtedy grać. Wręcz przeciwnie, z głów piłkarzy zejdzie presja, będą mogli pokazać co potrafią, bo kto wie, może ktoś ich kupi po sezonie do siebie. Można stwierdzić, że to taki wybieg mody dla piłkarzy. No i piłkarze Sunderlandu zagrali poprawnie. Nie super, hiper znakomicie, ale poprawnie. Zorganizowana gra w defensywie, bramkarz za plecami, a jednocześnie żądła z przodu, którymi pokąsali przeciwnika. To piłkarze Hull City nie udźwignęli presji, bo szansa jaka się przed nimi rysowała mogła zmienić wszystko. To byłoby porównywalne na swój sposób do tytułu, jaki w poprzednim sezonie wywalczył zespół Leicester City. W obu tych przypadkach nikt przed sezonem nie wierzył w zespół, ale rywale nie walczyki o pozostanie w lidze. Tutaj natomiast była walka o uratowanie się, ale na końcu zabrakło argumentów czysto piłkarskich. Pojawiło się za dużo gdybania, a za mało prostych odpowiedni na wyzwanie, które postawił rywal. Tylko że ten wynik niczego nie przesądza, jedynie wskazuje, jak ten sezon może się zakończyć.

Zakończę starciem zespołów, które było pozbawione tego żaru i emocji, jakie znaliśmy z lat poprzednich. Przede wszystkim ten mecz o niczym nie decydował, bo szanse na wdarcie się do pierwszej czwórki są niemal zerowe dla obu klubów. Spadek również nie zagraża, a różnica między ósmym, a 17 miejscem jest tak właściwie niezauważalna w perspektywie lat. Dodatkowo prestiż i wagę spotkania obniżył Jose Mourinho. Najpierw stwierdził, że Liga Europejska jest ważniejsza, potem wystawił skład z jednym zadaniem: dograjcie w zdrowiu. On wie, że od Ligi Mistrzów dzielą go dwa spotkania w Lidze Europy, dlatego nie chciał się przejmować spotkaniem, które dla niego było kompletnie nieistotne. Arsenal natomiast ma swoje problemy, nie wiedział czego się spodziewać po tym meczu, dlatego chciał przede wszystkim nie przegrać. W zdobyciu obu bramek pomogła defensywa Czerwonych Diabłów, bo mogła i powinna zachować się lepiej. Jakby tak było, mecz zakończyłby się remisem, ale ta wygrana niczego nie zmienia. O jej ważności najlepiej świadczy reakcja szkoleniowca z Portugalii. Arsene Wenger go pokonał, przerwał serię 25 spotkań bez porażki, ale Jose Mourinho mówi po meczu, że fani Arsenalu są szczęśliwi. Nie tak powinien zachować się szkoleniowiec klubu rywalizującego o miejsce w czołówce? Nie tak, ale prawdziwe bitwy czekają Manchester w innym miejscu i o innym czasie. To spotkanie, wrzucone między półfinały Ligi Europy, miało zerowe znaczenia. W piłce nożnej, podobnie jak w życiu, nie powinno toczyć się walk, o których z góry się wie, że zakończą porażką, albo kiedy ewentualna wygrana nie będzie miała żadnego znaczenia. Tutaj była ta druga sytuacja, wynik tego spotkania jest nieistotny. Smutne? Można tak powiedzieć, bo niby jest kółko ratunkowe dla Arsenalu (finał pucharu krajowego), czy koło ratunkowe dla Manchesteru (Liga Europy), ale musiała ucierpieć na tym liga krajowa. Nie powinniśmy się oszukiwać, Manchester raczej wygrałby normalny mecz, bo Arsenal jest kompletnie rozbity, a ciągłe napięcie podpisze, nie podpisze rozsadza cały zespół od środka. Tylko że to nie był normalny mecz o punkty w Premier League.

Następna kolejka zacznie się w piątek. Tylko że mecz mający jakieś znaczenie będzie w sobotę. Sunderland – Swansea, czyli jak gospodarze pożegnają się z kibicami. W niedzielę Crystal Palace – Hull, a potem Tottenham – Manchester United.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz