_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2018/2019

Nie będę ukrywał, że chciałem zacząć inaczej, słowami ‘czeka nas kolejny sezon w lidze Mistrzów Świata’. No dobrze, reprezentacja tak wy...

25.12.2017

19 Gameweek Premier League (2017/2018)


Przedświąteczna kolejka, półmetek, a w lidze już wyjaśniona jest kwestia tytułu. Mówiąc poważnie rywalom zostały już tylko szanse matematyczne na dogonienie lidera. 13 punktów przewagi wyraźnie pokazuje, kto na końcu założy koronę. W końcu skoro czytam, że to największa różnica w historii, to chyba można przestać się nią zajmować.


Można natomiast zająć się walką o czwarte miejsce, a raczej pognębić znów zespoły Arsenalu i Liverpoolu. Sześć bramek, niby wszystko w porządku, ale (jak to pokazała nam seria Gra o Tron, Wszystko to co słyszymy przed "ale" jest nieważne) oba zespoły pokazały, że nie można umieszczać ich w tej samej lidze, co liderujący zespół z Manchesteru. Do przerwy Liverpool mógł i powinien prowadzić 3-0, może 4-0, tylko że to nie ma znaczenia ile, skoro prowadzenie było jednobramkowe. Który to już raz w tym sezonie Liverpool stwarza sobie okazje, ma przewagę, ale nie potrafi jej wykorzystać. Skoro w drugiej połowie i po drugiej bramce zaczął popełniać błędy, błądzić w defensywie można zażartować, to nic dziwnego, że Arsenal wrócił do gry. W pierwszej połowie miałem wrażenie, że drużyna Kanonierów jest o tempo za wolna i nie jest w stanie nadążyć za rywalami. Dlatego dwubramkowe prowadzenie rywala nie dziwiło, dziwiło jedynie, że padły tylko dwie bramki. Podobnie jak katastrofa w drugiej połowie, bo jej można było się spodziewać. Tak gra Liverpool w tym sezonie, a pytanie brzmi nie czy, ale kiedy będzie kryzys. Przy bramkach dla gości defensywa Arsenalu mogła zachować się lepiej, ale to też stały motyw pisania o klubie. Gdy dochodzi do ściany, której sam nie może sforsować, potrzebuje pomocy od rywala. No i piłkarze gości byli bardzo chętni do udzielenia tej pomocy. Pierwszy gol obrońca jakoś przegrał pojedynek z Alexisem Sanchezem. Niewiele go tłumaczy, bo miał przewagę fizyczną i wystarczyło jedynie nie dopuścić rywala do przejęcia piłki. Drugi gol niby cudowne uderzenie, ale defensywni pomocnicy mogli zrobić więcej. No i trzeci gol, gdzie znów defensywa była na szerokim morzu, a nie na boisku w Londynie. Potem jednak pomógł bramkarz Arsenalu, bo mógł interweniować lepiej. Koniec końców remis, ale ten wynik nikogo nie powinien cieszyć, bo to były dwa punkty stracone. Z drugiej strony czy po takiej licytacji na błędy ktoś mógł wygrać? No nie, wygrali jedynie ci, którzy zdobyli trzy punkty w tej kolejce.

Pierwszym wygranym jest zespół Manchesteru City, bo on nie tylko powiększa przewagę, ale też już praktycznie zaczyna grawerować sobie puchar za wygranie ligi. Na pewno do końca sezonu coś przegrają, gdzieś zremisują, ale na razie chyba nikt ich nie zatrzyma. Pisałem przed sezonem, że muszą i wydaje się, że podjęli dobre decyzje. Czy będą je podejmować dalej, chyba meblując inaczej skład w zimowym okienku? Nie wiem, ale przynajmniej będzie ciekawie. Drugim wygranym jest drużyna Tottenhamu, ale z góry mówię, że dla mnie ich mecz z Burnley nie zapowiadał się nadmiernie ciekawie. Wynik to potwierdził, bo na boisku grała tylko jedna drużyna. Druga chciała nie przegrać, ale już od początku miała pod górkę, bo w pierwszych 10 minutach straciła bramkę z rzutu karnego i emocje się skończyły. Wydawało się, że w pojedynku zespołów z miejsc sześć i siedem będzie wiele emocji, ale to nie był ten mecz.

Te emocje były w spotkaniu Leicester – Manchester United, które zamykało kolejkę. Wiadomo było, że w piątek był remis, w sobotę punktami podzieliła się Chelsea, dlatego trzeba było wygrać na miejscu Manchesteru United, żeby odskoczyć od rywali i utrzymać minimalne szanse na wywalczenie tytułu. Tym bardziej, że w środę przygoda w Carabao Cup (Pucharze Ligi) zakończyła się porażką na boisku Bristol City. Dlatego trzeba było odreagować ten wynik. No i w meczu z Leicester wydawało się, że wszystko zmierza do szczęśliwego końca. Co prawda w pierwszej połowie znów była współpraca Jamie Vardy – Riyad Mahrez, zakończona golem tego pierwszego, ale potem pierwszy gol (moim zdaniem bramkarz mógł zrobić więcej), drugi po rzucie wolnym i przewaga po czerwonej kartce dla Daniela Amarteya, który chyba zapomniał, że gra z żółtą kartką na koncie. Tylko w końcówce uraz, jaki odniósł Chris Smalling, miał wpływ na grę. On wrócił po interwencji lekarza, ale tylko dlatego, że nie mogła być przeprowadzona zmiana. Wcześniej trójka graczy ofensywnych została wymieniona (pewnie bolała nieskuteczność), a na uraz w defensywie zabrakło już zawodnika. Smalling nie mógł wyskoczyć do dośrodkowania, pytanie otwarte czy ktoś nie powinien go zastąpić (w końcu zostały sekundy meczu), a wolne miejsce wykorzystał Harry Maguire i ustalił wynik meczu. W skrócie można powiedzieć, że Manchster United wygrał remis, prowadząc prawie do końca meczu, ewentualnie wyrwał punkt ze szczęk wygranej, no ale nie żartujmy sobie w święta. To była strata punktów, której raczej nie spodziewałabym się po zespole prowadzony przez Jose Mourinho. No ale może jego też przytłacza wyzwanie rysujące się przed zespołem, czyli te 13 punktów bezczelnie łypiących w oczy. Podejrzewam, że to odbiera pewności siebie. W końcu co może teraz zmienić osoba prowadząca zespół, skoro to przed sezonem zostały władowane furgonetki pieniędzy w nowych zawodników, a teraz trudno o zakup, który będzie miał taki wpływ na drużynę. Sanchez z Arsenalu? Rywal z miasta raczej nie da się przelicytować.

Następna kolejka jutro, w tradycyjny Boxing Day. Bournemouth – West Ham, bo to sześciopak. Szkoda, że jednocześnie WBA – Everton, bo ktoś musi wygrać, zanim odjedzie tabela. Do tego środowy mecz Newcastle – Manchester City, kto wie, może będzie remis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz