_

Polecany post

Premier League - zapowiedź sezonu 2018/2019

Nie będę ukrywał, że chciałem zacząć inaczej, słowami ‘czeka nas kolejny sezon w lidze Mistrzów Świata’. No dobrze, reprezentacja tak wy...

15.01.2018

23 Gameweek Premier League (2017/2018)


Trudno mówić o przerwie, skoro piłkarze rozgrywali mecze pucharowe w środku tygodnia i praktycznie codziennie ktoś grał, ale niepostrzeżenie mieliśmy mecz sezonu w ostatniej kolejce. A jak nie, to bardzo mocnego kandydata do takiego wyróżnienia.


Co prawda starcie Liverpool – Manchester City nie decydowało o niczym, bo goście i tak wygrają tytuł, niezależnie od tego, jakim wynikiem zakończył się ten mecz. Liverpool z kolei musi potwierdzić w następnych spotkaniach, że to nie była jednorazowa przygoda, a początek czegoś nowego, ale sam mecz był świetny. Obu szkoleniowców łączy praca w Bundeslidze, gdzie zdarzały się wysokie wygrane, ale też wzajemne rachunki do wyrównania. No i można powiedzieć, że tę lekcję Jürgen Klopp rozegrał znakomicie. Nie chodzi o to, że jego zespół wygrał mecz. Chodzi o to, że jego drużyna zagrała w taki sposób, że rywal mógłby się podpisać, a szkoleniowiec powiedzieć, że tak lubi grać. Po prostu Liverpool wygrał nie dlatego, że zastosował jakąś sztuczkę taktyczną (z reguły defensywną), ale zagrał tak jak rywal, ale lepiej. Po meczu można powiedzieć, że wynik mógłby być inny. Po zaskoczeniach przed pierwszym gwizdkiem (Philippe Coutinho w Barcelonie, to było wiadomo, ale Loris Karius w bramce?; przebudowana linia pomocy, która zabiegała rywala?) szybko zdobyta bramka na 1-0, bo defensywa poszła się zdrzemnąć. Może niekoniecznie obrońcy, ale już pomoc powinna zrobić więcej. Odpowiedni gracze niby byli na murawie, ale nie dali rady. Potem jednak goście wrócili do gry, gol na 1-1, trafienie w poprzeczkę i to już miało wyglądać jak kolejna wygrana City, ale nastąpiły trzy fatalne minuty dla zespołu gości. Wysoki pressing gospodarzy, z którym nie poradzili sobie zawodnicy gości. Oni nie są przyzwyczajeni do gry pod takim naporem ze strony rywala. Inne zespoły kalkulują, boją się, bo wiedzą, że zostaną skarcone. Liverpool zaryzykował i wygrał. Obrona City powinna zagrać lepiej, nie gubić się tak łatwo na murawie. Tylko znów, nie była przygotowana na to, że rywal tak wysoko zawiesi jej poprzeczkę. Stąd błędy, zwłaszcza przy bramce na 4-1. Czy to wina bramkarza? Nie, powiedziałbym, że to wina szkoleniowca (nie wybijać piłki w aut, podejrzewam, że taka jest filozofia) i pomocników, którzy nie zdążyli z kryciem. Może się nie spodziewali, że ktoś odda strzał z takiego miejsca. A dlaczego gubiła się pomoc? Bo musiała grać przeciwko trójce dobrych pomocników, która przez cały mecz odbierała im siły. W końcówce goście o mało co, a wróciliby i może zremisowali, ale im zabrakło czasu. Defensywa Liverpoolu weszła w swoje stałe tryby i zaczęła się gubić, ale trzy bramki przewagi to było za dużo. Koniec końców mecz był bardzo miły dla oka, ale problem polega na tym, że wynik niczego nie zmienia. Manchester City musiał przegrać, bo ten nawis meczów bez porażki zaczął im ciążyć. Drugiego takiego rywala, który zagra tak odważnie, skarcą kilkoma golami. Liverpool musi z kolei potwierdzić, że jest w formie. Co prawda o pierwszą czwórkę walczy już tylko pięć zespołów, ale ktoś musi skończyć na piątej pozycji. Przewaga to tylko trzy punkty, ale w razie czego, najgroźniejszy rywal przyjedzie do nich, a nie odwrotnie. No i wciąż mają jakieś środki na załatanie luki, jaka została po sprzedaży Coutinho. Muszą jedynie uważać, bo dla nich miejsce poza pierwszą czwórką będzie porażką. Zwłaszcza po takim meczu.

Miałem pisać o innych zespołach, ale trzeba wspomnieć o drużynie, która też skończy poza pierwszą czwórką. Przykre, że tak kończy Arsene Wenger, ale niestety pretensje może mieć tylko do siebie. Nawet nie chodzi za bardzo o to, że zespół przegrał z Bournemouth. Zdarza się, mimo prowadzenia. Zaspał bramkarz, dlatego padł gol na 1-1, a potem to już defensywa zapadła w sen zimowy. Podobnie jak zespół, który wydaje się przesuwać jedynie siłą rozpędu, a za to można mieć pretensje do szkoleniowca. W zimowym okienku prawdopodobnie stracą Alexisa Sancheza, bo trudno mi sobie wyobrazić tego zawodnika w koszulce Arsenalu w lutym. Mesut Özil też prawdopodobnie odejdzie, czytałem artykuły o zainteresowaniu innych zespołów. Jack Wilshere? Dlaczego miałby zostać dalej, niż następne okienko? Tam brakuje energii do dziania, chęci do gry na 100% w tej koszulce. Czas francuskiego szkoleniowca skończył się w momencie, gdy zespół nie zakwalifikował się do rozgrywek Ligi Mistrzów. Tylko nikt nie podjął odważnej decyzji i nie zakończył tego. Widać po szkoleniowcu, że się męczy. Widać po piłkarzach, że się męczą. Ktoś złośliwie skomentował, że spotkały się dwa zespoły ze środka tabeli. Tylko że napisał prawdę, Arsenal, bez największych gwiazd i z wypalonym, nie mającym żadnego nowego pomysłu szkoleniowcem, jest tylko zespołem środka tabeli. Lato będzie trudne, a nowy szkoleniowiec, nieważne kto nim będzie, dostanie tylko jedno proste zadanie. Zgasić te pożary i natchnąć klub, pokazać, że tam jest jakieś życie. Można powiedzieć w buty Wengera trudno wejść, ale każdy kolejny sezon, kiedy zespół będzie się osuwał w tabeli, będzie te buty zmniejszał. Lato zapowiada się na gorące, bo tego nie można tak ciągnąć. Im dłużej się zwleka z podjęciem decyzji, tym większy bałagan trzeba potem posprzątać. Pytanie tylko kto to będzie robił.

Następna kolejka w sobotę. Everton – West Brom, tak bym jakoś wybrał ten mecz. Do tego niedzielny Southampton – Tottenham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz